Drukuj

Szpital na Tajwanie

Mariola Stawasz SSpS TAJWAN
Przeszłość – procesją w teraźniejszość
W 45-letniej historii diecezjalnego katolickiego szpitala w Tajpej, nazwanego imieniem pierwszego chińskiego kardynała Thomasa Tien Ken-sina SVD – Cardinal Tien Hospital, było już wiele historycznych i szczególnych chwil, ale tym razem otwarcie nowego budynku w Ankan, czyli zachodniej części Tajpej, jest zapewne historycznym szczytem. Ze swojej perspektywy i 10-letniej służby w tym szpitalu nazwałabym to wydarzenie „powrotem do źródeł”.
Już od wielu lat, ucząc się i służąc w Cardinal Tien Hospital, doświadczam, że placówka ta przez lata istnienia, swoją historię i misję nieustannie sieje ziarna Bożej Ewangelii. Szpital ten został oddany do użytku 22 października 1968 r., a wybudowany z funduszy ludzi dobrej woli i niemieckiej organizacji charytatywnej Miserere. Miejsce to było jak latarnia morska, z tym że stojąca „na polu ryżowym”, ponieważ budynek szpitalny znajdował się z dala od miasta, na jego peryferiach i napawał nadzieją oraz otaczał miłością biednych mieszkańców tych okolic.

Troska kardynała o biednych
Kard. Thomas Tien Ken-sin SVD widział ogromną potrzebę otoczenia opieką medyczną mieszkańców, szczególnie biednych, którzy w latach sześćdziesiątych na Tajwanie nie mieli dostępu do państwowej służby zdrowia. To właśnie troska i pełne miłosierdzia serce dla biednych i chorych nadały mu przydomek „ojca ubogich”, bo wszystko, co miał, dzielił z ubogimi, a każdy otrzymany grosz oddawał na budowę szpitala. Postawa i życie Jezusa Chrystusa uzdrawiającego były dla niego inspiracją i motywacją do całkowitego oddania się sprawie budowy szpitala. Szpital, poprzez służbę biednym i chorym, miał być „widocznym obliczem” Jezusa Chrystusa. Postawa pokory i całkowitego zaufania Bogu była dla kard. Tien siłą do wyciągania ręki o pomoc, błagania o dotacje na budowę szpitala i zabiegania o środki na jego wyposażenie w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Niesamowite jest to, że kard. Tien Ken-sin SVD w całym swym oddaniu tej sprawie po pewnym czasie wypalił się i podupadł na zdrowiu, a 24 lipca 1967 r. odszedł do domu Pana, nie doczekawszy się zakończenia budowy szpitala, który po śmierci kardynała został nazwany jego imieniem.
Od samego początku mottem działalności szpitala były słowa: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Te słowa Ewangelii nieustannie są żywe i mimo 45-lecia istnienia placówki nadal mają głęboki wydźwięk. Chociaż opieka medyczna na Tajwanie jest obecnie na wysokim poziomie, służba zdrowia i ubezpieczenie zdrowotne są dostępne dla każdego obywatela, a 80% pracowników szpitala to ludzie różnych wyznań, to jednak te ewangeliczne słowa są jak „tryskające źródło” i inspirują do służby i podejmowania nowych społecznych i medycznych wyzwań. Poprzez 45 lat funkcjonowania szpitala i jego oddania w głoszeniu Dobrej Nowiny, bezgranicznej miłości Bożej do ludzi, wiele osób – zarówno chorych, ich rodzin, jak i pracowników szpitala – poznało Jezusa Chrystusa i stało się chrześcijanami lub uznało i przyjęło chrześcijańskie wartości. Przez służbę szpital rozwinął się, zwiększył liczbę łóżek ze 120 do 800, powiększył personel z 40 do 1200 osób, otworzył wiele nowych specjalistycznych przychodni, a zarazem nieustannie podnosi standard leczenia.

Powrót do źródeł
Na progu 45-lecia istnienia szpitala, otwarcie nowej części szpitala w An Kang, które miało miejsce 28 marca 2014 r., jest jakby powrotem do źródeł, do korzeni. Dlaczego? Po pierwsze, 14-piętrowy nowy szpital w An Kang, docelowo z 500 łóżkami (obecnie 100 łóżek) został wybudowany, podobnie jak pierwszy budynek, na peryferiach miasta i stał się znowu „latarnią morską” – jest najbardziej rzucającym się budynkiem w tej okolicy, w której nie ma w pobliżu żadnego szpitala i w której mieszka ok. 50 tys. osób. I tutaj ponownie pojawia się wyzwanie, w jaki sposób przez służbę przekazać ewangelicznego ducha zawierającego się w słowach: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili – aby inni doświadczyli bezgranicznej miłości Bożej i poprzez troskę o chorego poznali i uznali ewangeliczne wartości jako źródło życia. Po drugie, ten nowy szpital, podobnie jak ten sprzed 45 lat, zaczyna „od zera”. Jest to też znakiem wielkiego zaufania Bogu, że to właśnie On prowadzi, a my w tej misji mamy stać się Jego narzędziami i Jego świadkami. Myślę, że nie jest to łatwe i dlatego podjęcie się tego zadania można nazwać, używając kolokwialnego zwrotu, porywaniem się „z motyką na słońce”. Dlaczego? Chociażby dlatego, że obecnie w An Kang nikt z pracowników nie jest chrześcijaninem! Ja jednak bardzo wierzę – i nieustannie doświadczam – że Bóg w tym wszystkim oczekuje naszego zaufania i całkowitego oddania; chce, abyśmy pozwolili Mu być Jego narzędziem, bo to On jest Panem, On jest „szefem” tego szpitala i całego tego „medycznego biznesu”. To nie przez piękne i „złotouste słowa” czy kazania w kościele, ale przez konkretne doświadczenie Bożej miłości i troski mogą tutejsi mieszkańcy poznać Boga chrześcijan i uwierzyć w Niego.

Szpital na skale
Myślę, że to nie tylko budynki, wyposażenie, specjalistyczne przychodnie etc. przyciągają ludzi do Cardinal Tien Hospital, ponieważ w zasadzie szpital ten jest taki jak każdy inny, a nawet inne są lepiej wyposażone. Tu jest coś, co trzeba nieustannie pielęgnować – chrześcijański duch i wartości, które są trwałym fundamentem i skałą, dlatego żadne współczesne wichry nie są mu straszne. Historia szpitala już pokazała drogę, którą trzeba iść, nieustannie czerpiąc ze źródła, aby nie ustać w głoszeniu Bożej miłości i miłosierdzia. Dziękujmy dobremu Bogu za tych wszystkich księży, siostry z różnych zgromadzeń i innych pracowników szpitala, którzy już przeszli przed nami tę drogę. Wdzięczni jesteśmy za tych, którzy teraz nią podążają i prosimy, aby nieustannie mieli w sercu słowa: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. I niech te słowa będą nagrodą na dziś i na jutro.

Zobacz zdjęcia.

Drukuj

List z Togo

Kochane Siostry!
Serdecznie Was pozdrawiam z pięknego i gorącego Togo! Co słychać u Was? Mam nadzieję, że jesteście zdrowe i dzięki łasce Bożej wszystko dobrze się Wam układa. Bardzo przepraszam, że już tak dawno nic nie pisałam... o ile dobrze pamiętam ostatni e-maile napisałam podczas wakacji. Miałyśmy problemy z internetem, tzn. nie miałyśmy w ogóle połączenia internetowego poprzez 4 miesiące, następnie zmieniłyśmy operatora i jak do dzisiaj internet działa jak ''żółwik''. Niektóre siostry mają swoje własne klucze internetowe  więc są w lepszej sytuacji.  Kilka razy zabierałam się do pisania i niestety tylko straciłam czas. Na Święta nie napisałam ani jednego listu przez internet. Mam nadzieję, że ten e-mail, który pisze do Was ukończę szczęśliwie i wyślę.  Jest późno więc połączenie jest trochę lepsze. Bardzo dziękuję Wam za wspaniałą przesyłkę, w której znalazłam coś dla ducha i dla ciała, tzn. miłe słowa i pamięć o moich imieninach oraz pyszne kiełbaski i cukierki. Niech Bóg Wam wynagrodzi Waszą  hojność udzielając  Wam  dużo  potrzebnych łask na każdy dzień. Ja  odwdzięczę się w modlitwie.
U mnie wiele sie dzieje... nadal jestem w pracy formacyjnej, katechetycznej i socjalnej. Co do formacji, to mam 4 fajne Aspirantki, które są na tzw. doświadczeniu wspólnotowym od listopada. Są one w 3 wspólnotach i po Świętach już powrócą do Lome, następnie będzie ewaluacja i dopuszczenie do Postulatu, który rozpocznie się w czerwcu. Mam również regularne spotkania z Aspirantkami, które jeszcze sie uczą, co niektóre już pracują. Organizuję im spotkania raz w miesiącu, aby mogły nas lepiej poznać i ja również je bacznie obserwuję. Od czasu do czasu są zapraszane do nas na niedzielny obiad aby wszystkie siostry mogły je poznać i porozmawiać z nimi. Mam również grupę powołaniową młodzieży z naszej parafii - mamy spotkania raz w miesiącu.
Poza tym mam 2 grupy katechumenów do Chrztu i I Komunii św. Fajne dzieciaki, pełne energii i entuzjazmu. Raz w tygodniu jadę do więzienia, gdzie mam katechezę i pogadankę dla kobiet. Jest to moje nowe apostolstwo już od roku. Dużo mogłabym pisać na ten temat...  jak przyjadę to wszystko Wam opowiem.
Jeszcze nie koniec moich zajęć - mam jeszcze 14 osób (dzieci i młodzież) w adopcji. Tzn. oni są zaadoptowani  poprzez  rodziny  z  Niemiec  a  ja  pośredniczę  w  przekazywaniu  pieniędzy i korespondencji. Jest trochę z tym pracy. We wspólnocie jestem Asystentką Przełożonej więc muszę też mieć  oczy otwarte na wszystko co sie dzieje w naszej  10 -cio  osobowej wspólnocie.  Zapomniałam napisać,  że mam jeszcze dekorację Kościoła w parafii i ekipę dekoracyjną. Jeszcze mam grupę dzieci  Cv-ave  przy parafii. Myślę, że nie zapomniałam o niczym... a mam jeszcze prowadzenie duchowe naszej juniorystki...  to chyba tyle. Nazbierało się tego, ale znajduje czas na modlitwę i raz w miesiącu robię sobie całodniowe skupienie przeważnie nad oceanem. Po prostu zatrzymuję się i rozmyślam nad wieloma sprawami,  a przede wszystkim doświadczam miłości i obecności Bożej. Zdrowie jak na razie mi dopisuje i już dawno nie miałam malarii - oby tak dalej...
Kończąc życzę Wam owocnego przeżywania Czasu Wielkiego Postu.    
Pozdrawiam S. Prowincjalną, S. Przełożoną i wszystkie Siostry!

z modlitwą wdzięczna
s. Bożena Borucka, SSpS

Lome,  5.03.2014 r.

Drukuj

List z Tapacari

Niech żyje Święty Trojjedyny Bóg w sercach naszych!

Tapacari, 19 marca 2014, Uroczystość Św. Józefa

Kochani Przyjaciele misji!

Ciepło i serdecznie pozdrawiam Was letnia jeszcze pora z naszego pięknego Tapacari, z gor, przez ktore blizej nam do nieba... Śmieję się często opowiadając o miejscu, w którym mieszkam, ze jest sercem raju  trudno dostępnym z powodu braku dobrych dróg, ale wartym odwiedzenia, bo przecież któż nie chciałby być w raju. Pisalam juz o nim w moim poprzednim liscie, ale myślę, że kilka zdań mogę powtórzyć dla tych, ktorzy moze nie znaja tego miejsca. Tapacari położone jest na swego rodzaju półwyspie. Uznawane za miasto, bo jest stolica prowincji, zachowuje wszystkie cechy charakterystyczne dla wioski – pola uprawne, stada owiec, czy kóz pasące się na zboczach, domki maleńkie i skromne, i oczywiście to, że wszyscy wszystko o sobie wiedzą  Położone jest na kawałku ziemi wysuniętej z gór, otoczone malowniczymi pasmami górskimi i oplecione ze wszystkich stron rzekami. Te, niestety, dają nam czasem odczuć swą sile. W ciągu pięciu minut, wody w rzece może przybyć tak nagle, jakby ktoś naraz zdecydował wszystka wodę skumulować w jednej rzece. Tu dopiero można poznać sile żywiołu. Wiele ludzkich istnień zabrały już ze sobą te wody. Możecie sobie wyobrazić jej sile, skoro nawet ciężarówkę jest w stanie przewrócić ten silny nurt rzeki…
Na pewno i w Polsce można było usłyszeć o katastrofalnych ulewach, jakie nawiedziły w tym roku północna część Boliwii zalewając doszczętnie niektóre wioski, niszcząc uprawy, pozbawiając życia wiele osób, a cały region pozbawiając środków do życia… To daleko od nas, bo Tapacari leży w departamencie Cochabamba, w centrum Boliwii, ale w tamtych rejonach, niektórzy z moich przyjaciół musieli walczyć o życie… Mówili później o tym, jak się zmieniał krajobraz w kilka godzin, o miejscowościach, z których nic nie zostało, bo woda całkiem je zakryła, o osobach zaginionych, które nie pojawia się w żadnych statystykach o zmarłych, bo nikt nie wiedział, ze w tamtym terenie przebywali, jako ze był to sezon zbioru migdałów i wszystkich chętnych przyjmowano do tej trudnej pracy. Dziękuję Bogu, że przyjaciele wrócili do nas, ale też i Was proszę o modlitwę za osoby, które zginęły, za te, które cierpią po stracie swoich bliskich. Organizowane są wciąż akcje solidarnościowe, żeby pomoc rodzinom, które przeżyły, ale tym, którzy stracili swoje rodziny nie pomogą żadne przedmioty, tylko Bog, który daje pociechę…
Smutnymi wiadomościami zaczęłam ten list, ale myślę, ze wszystkim nam mogą one pomóc zatrzymać się nad tajemnicą życia… Jakże ono jest kruche i jak nagle może nadejść chwila spotkania z Panem twarzą w twarz… Czas Wielkiego Postu jest sposobny na przemyślenie tez tego, jakie jest nasze życie, na czym je spędzamy, dla kogo żyjemy…? Papież Franciszek zachęca nas często, byśmy chcieli służyć, i by nasze codzienne życie było przesiąknięte nauczaniem Ewangelii, a ta by była źródłem naszej radości. Świat potrzebuje chrześcijan radosnych, mocnych w wierze, przekonanych do niesienia Ewangelii innym i czyniacych dar ze swego zycia.
Teraz może trochę wieści o tym, co robię, czym żyję. W ubiegłym roku przyglądałam się, jak funkcjonuje nasza szkoła dla dorosłych pomagając drugiej siostrze w różnych zadaniach. Od tego roku stałam się za nią odpowiedzialna, bo moja współsiostra wróciła do swojego kraju, by tam podjąć inną misje. W naszej szkole uczą się młodzi w wieku od 15 lat, którzy dawniej nie mieli możliwości ukończenia szkoły. Coraz częściej slysze tez glosy proszace o przyjecie osob, które moglyby uczestniczyć w lekcjach tylko wieczorami. Dla nich trzeba by początkowo pomyśleć o alfabetyzacji, bo w większości są to dorosłe już osoby, które powinny zacząć od podstawówki. Kiedy rząd naszego państwa zapewnia, że w kraju nie ma już analfabetow, mam ochotę głośno krzyczeć, że to jest kłamstwo, fałszowanie wynikow badań… ale myślę, że to tym osobom w niczym nie pomoże, wiec co najwyżej z ofertą naszej szkoły chcemy dotrzeć jak najdalej. Ostatnio, kiedy pani, która gotuje w naszym internacie podpisywala kontrakt o prace i widziałam, że potrafi napisać samo tylko swoje imie, powiedziałam jej, że postaram się w tym roku, żeby miała też czas na naukę... Wiem, że osoby, które nigdy nie chodziły do szkoły, dziś się wstydzą ujawniać, boja się wyśmiania. Tak, jakby to była ich wina, że nie dane im było siedzieć w szkolnej ławce… Jednej pani, która niedawno przyszla na parafie po świadectwo chrztu dla swojego bratanka, długo nie zapomnę. Mowila tylko w quechua, wiec starałam się moim lamanym quechua dowiedzieć cos więcej o niej, kiedy szlysmy do biura. Aż w jednym momencie pani powiedziała, że tak by chciała mowic po hiszpańsku, ale nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała okazji się tego jezyka nauczyć i dzisiaj jest „głupia jak osioł”… Kiedy ktoś sam na siebie używa tego określenia, to jest to bardzo mocne, wiec i na mnie zrobilo wrazenie. Powiedziałam pani, ze ja nie mowie za dużo w quechua, wiec jesteśmy w podobnej sytuacji… ale i tak jakoś się dogadujemy. Nie dodałam oczywiście, że ja owszem, mam jeszcze sposobność nauczenia się języka naszych ludzi, a jej chyba nikt już nie zaproponuje nauki, nie uwolni od codziennych obowiązków domowych. Programy rządowe nastawione są na alfabetyzacje w stylu: każdy ma umiec napisac poprawnie swoje imie i nazwisko, nr dowodu osobistego i date urodzenia… ale wszyscy wiemy, że jest to manewr polityczny, a nie troska o ludzi, bo kiedy przyjdą wybory, chodzi o zdobycie glosu tych osob, wdzięcznych za to, co się dla nich zrobiło…
Nigdy nie sadziłam, że będę pracować w edukacji, ale widząc potrzeby naszego kraju, cieszę się, że mam w tym udział. Moja wielka radoscia jest kontakt z młodzieżą. Kiedy widze ich przemianę, ciesze się razem z nimi. To jak patrzeć na rozwijające się paczki, które za chwile już pięknie kwitna. W sumie nie potrzeba tak wiele. Stworzyć warunki do nauki, mieć dobra ekipe nauczycieli i można osiagnac wiele. W naszym Centrum nauczanie jest integralne: humanistyczno-techniczno-duchowe. Młodzi oprócz matury nabywają tez umiejetnosci kroju i szycia. Dzięki pomocy wielu dobrych ludzi i fundacji Ad Gentes możemy w tym roku dokupić kilka nowych maszyn do szycia. Marzy mi się otwarcie nowego warsztatu dla nich, bo pomieszczenie, w którym obecnie odbywają się zajecia techniczne jest niewielkie. Zobaczymy, czy nasze zasoby nam na to pozwolą  Widze, jak Pan Bog troszczy się o to dzieło, jak nam zawsze posyła ludzi chętnych do pomocy. Myślę też, ze takie nauczanie integralne, w trosce o ciało i intelekt, ale też i o ducha, jest dziś bardzo ważne. Młodzi szukają własnych drog, ale trzeba im pokazywać, że warto żyć według wartości chrześcijańskich, budować na ich fundamencie. Kiedy maturzyści z ubiegłego roku przychodzili teraz po odbiór swoich dyplomow (u nas nie wręcza się ich w dniu ukończenia szkoły, bo procedura jest bardzo skomplikowana), mogłam ich popytać, jakie maja plany na przyszlosc. Niektórzy już pracują, inni chcą zacząć nauke w jakims instytucie. Ale niezależnie od zamiarow, wszyscy z duma patrzyli na swój dyplom, szczęśliwi, ze udało im się ukonczyc pewien etap nauki i wdzięczni za to, co przeżyli w naszym Centrum.
W Polsce już przyzwyczailiśmy się, ze nawet male dzieci same czytają książki, serfują po internecie. Naszym ludziom daleko do tego. Nie wiem, czy sa przez to mniej szczęśliwi, ale wiem, ze maja jednakowe prawo, jak inni, by mieć dostep do edukacji, by się uczyc i uniknąć przez to bycia manipulowanymi przez innych. Proszę Was goraco, Kochani, byscie w swoich modlitwach pamiętali o braciach i siostrach z Boliwii. Ja tez każdego z naszych ludzi i każdego z Was wkładam w rece Boga proszac, by wylewal na nas wszystkich swoje obfite błogosławieństwo.
            
„Ewangelia zawsze nas zachęca do podejmowania ryzyka spotkania z obliczem drugiego człowieka, z jego fizyczną obecnością stawiającą pytania, z jego cierpieniem i prośbami, z jego zaraźliwą radością, stale ramię w ramię. Prawdziwa wiara w Syna Bożego, który przyjął ciało, jest nieodłączna od daru z siebie....” (Franciszek I, Evangelii Gaudium 88)

W miłości Ducha Świętego,
wdzieczna i pamietajaca w modlitwie,
s. Joanna Cwikowska SSpS

Drukuj

List z Jamajki

Kochane Siostry,
Przesyłam serdeczne pozdrowienia z Jamajki. Chce sie podzielić z Wami odrobina tego, co u mnie. Angażując się w prace pastoralną dużą  cześć mojego czasu spędzam, odwiedzając ludzi, zwłaszcza ubogich a tych tutaj nie brakuje. Każdego dnia zwłaszcza kobiety zmagają się z bieda, jak zdobyć pieniądze, by wysłać dzieci do szkoły, czy co ugotować na obiad. Dostajemy pomoc z fundacji “Food for the Poor”.  Co miesiąc lub co dwa miesiące przyjeżdża transport  z żywnością:  ryż  i fasola dla najbardziej potrzebujących. Oczywiście, to nie wystarcza dla wszystkich potrzebujących, ale jesteśmy wdzięczni za to, co otrzymujemy.
W tym tygodniu próbuję  załatwić dokumenty dla kobiety z trójką dzieci, czwarte w drodze i do tego schorowany ojciec. Mieszkają oni w domu, który został poważnie uszkodzony w czasie ostatniego huraganu. Jeden pokój został zmieciony, pozostał im jeden pokój w okropnym stanie i kuchnia. Na dzień dzisiejszy, jeśli kobieta urodzi dziecko, to zostanie ono odebrane jej ze względu na warunki jakie są w tym domu. Potrzebują oni nowego domu. Prosiłam Food for the Poor o pomoc i oni są gotowi wybudować dom dla nich, ale potrzebujemy terenu na budowę. Już jakiś czas staramy się znaleźć teren, ale nie jest to takie proste. Został nam tylko ten tydzień, by dostarczyć dokument  z pozwoleniem na budowę.  Pisząc o całej tej sytuacji,  proszę was o gorącą modlitwę w tej intencji. Modlitwa jest jedyną deską ratunku. Proszę, módlcie się za tę rodzinę oraz by znalazł sie nowy dom dla nich z normalnymi, ludzkimi warunkami do życia.   
Z serca dziękuje za każdą modlitwę i pamięć. Niech Pan Bóg Wam błogosławi każdego dnia.
Złączona w modlitwie.
Sr. Barbara Miensopust SSpS, Jamajka 1.03.2014

Drukuj

W sercu raju

boliwia 4Joanna Ćwikowska SSpS BOLIWIA

W sercu raju
Ciepło i serdecznie pozdrawiam z naszego pięknego Tapacari – z gór, przez które bliżej nam do nieba... Śmieję się często, opowiadając o miejscu mojego zamieszkania, że jest sercem raju, trudno dostępnym z powodu braku dobrych dróg, ale wartym odwiedzenia, bo przecież któż nie chciałby być w raju.
Tapacari położone jest na swego rodzaju półwyspie uformowanym z gór. Uznawane jest za miasto, bo jest stolicą prowincji, jednak zachowuje wszystkie cechy charakterystyczne dla wioski – są tu pola uprawne, stada owiec czy kóz pasących się na zboczach, domki maleńkie i skromne, i oczywiście to, że wszyscy wszystko o sobie wiedzą! Otoczone jest malowniczymi pasmami górskimi i oplecione ze wszystkich stron rzekami. Te, niestety, dają nam czasem odczuć swą siłę. W ciągu pięciu minut wody w rzece może przybyć tak dużo, jakby ktoś nagle zdecydował wszystką wodę skumulować w jednej rzece. Wtedy dopiero można poznać siłę żywiołu. Wiele ludzkich istnień zabrały już ze sobą te wody. Możecie sobie wyobrazić ich siłę, skoro nawet ciężarówkę jest w stanie przewrócić silny nurt rzeki.

Katastrofy skłaniające do refleksji
boliwia 1Być może i w Polsce można było usłyszeć o katastrofalnych ulewach, jakie nawiedziły na początku tego roku północną część Boliwii, zalewając niektóre wioski, niszcząc uprawy, zabierając życie wielu osób, a cały region pozbawiając środków do życia. To daleko od nas, bo Tapacari leży w departamencie Cochabamba, w centrum Boliwii, ale w tamtych rejonach niektórzy z moich przyjaciół musieli walczyć o życie. Mówili później o tym, jak się zmieniał krajobraz w kilka godzin, o miejscowościach, z których nic nie zostało, bo woda całkiem je zakryła, o osobach zaginionych, które nie pojawią się w żadnych statystykach dotyczących  zmarłych, bo nikt nie wiedział, że wtedy tam przebywały, jako że był to sezon zbioru migdałów i wszystkich chętnych przyjmowano do tej trudnej pracy. Dziękuję Bogu, że przyjaciele wrócili do nas, ale też proszę o modlitwę za osoby, które zginęły i za cierpiące po stracie swoich bliskich. Wciąż organizuje się akcje solidarnościowe, żeby pomóc ocalałym rodzinom, jednak tym, którzy stracili swoich bliskich, nie pomogą żadne przedmioty. Pozostał tylko Bóg dający pociechę...
Smutnymi wiadomościami zaczęłam, ale myślę, że wszystkim nam mogą one pomóc zatrzymać się nad tajemnicą życia. Jakże jest kruche i jak nagle może nadejść chwila spotkania z Panem twarzą w twarz. Warto pomyśleć o tym, jakie jest nasze życie, na czym spędzamy czas, dla kogo żyjemy. Papież Franciszek zachęca nas często, byśmy chcieli służyć i by nasze codzienne życie było przesiąknięte nauczaniem Ewangelii, a ta była źródłem naszej radości. Świat potrzebuje chrześcijan radosnych, mocnych w wierze, przekonanych do niesienia Ewangelii innym i czyniących dar ze swego życia.

Szkoła dla dorosłych
A teraz o tym, co robię, czym żyję. W ubiegłym roku przyglądałam się, jak funkcjonuje nasza szkoła dla dorosłych, pomagając drugiej siostrze w różnych zadaniach. Od tego roku stałam się odpowiedzialna za tę szkołę, bo współsiostra wróciła do swojego kraju, by tam podjąć inną misję. W naszej szkole uczą się młodzi w wieku od 15 lat, którzy dawniej nie mieli możliwości ukończenia szkoły. Coraz częściej słyszę też głosy proszące o przyjęcie osób, które mogłyby uczestniczyć w lekcjach tylko wieczorami. Dla nich trzeba by pomyśleć najpierw o alfabetyzacji, bo w większości są to dorosłe osoby, które powinny zacząć od szkoły podstawowej. Kiedy rząd naszego państwa zapewnia, że w kraju nie ma już analfabetów, mam ochotę głośno krzyczeć, że to jest kłamstwo i fałszowanie wyników badań.  Chcemy z naszą ofertą dotrzeć jak najdalej. Ostatnio, kiedy kobieta gotująca w naszym internacie podpisywała umowę o pracę, potrafiła napisać tylko swoje imię. Powiedziałam jej, że postaram się, by miała też czas na naukę.
boliwia 3Wiem, że osoby, które nigdy nie chodziły do szkoły, dziś wstydzą się ujawniać, bojąc się wyśmiania. Tak jakby to była ich wina, że nie dane im było siedzieć w szkolnej ławce! Nie zapomnę pewnej kobiety, która niedawno przyszła do parafii po świadectwo chrztu dla swojego bratanka. Mówiła tylko w języku quechua, więc starałam się moim łamanym quechua dowiedzieć więcej o niej podczas drogi do biura. Aż w pewnym momencie kobieta powiedziała, że bardzo chciałaby mówić po hiszpańsku, ale nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała okazji nauczyć się tego języka i dzisiaj jest „głupia jak osioł”. Kiedy ktoś sam się tak określa, jest to bardzo mocne, więc i mnie poruszyło. Powiedziałam jej, że ja nie mówię dobrze w quechua, więc jesteśmy w podobnej sytuacji, ale mimo wszystko jakoś się dogadujemy. Nie dodałam jednak, że ja, owszem, mam jeszcze możliwość nauczenia się języka naszych ludzi, a jej chyba nikt już nie zaproponuje nauki i nie uwolni od codziennych obowiązków domowych. Programy rządowe nastawione są na alfabetyzację w stylu: każdy ma umieć napisać poprawnie swoje imię i nazwisko, nr dowodu osobistego i datę urodzenia, ale wszyscy wiemy, że jest to tylko manewr polityczny, a nie troska o ludzi, bo kiedy przyjdą wybory, chodzi o zdobycie głosu tych osób, które mają być wdzięczne za to, co się dla nich zrobiło.

Nauczanie integralne
Nigdy nie sądziłam, że będę pracować w szkolnictwie, ale widząc potrzeby naszego kraju, cieszę się, że mam w tym udział. Moją wielką radością jest kontakt z młodzieżą. Kiedy widzę ich przemianę, cieszę się razem z nimi. To jak patrzeć na rozwijające się pączki, które za chwilę pięknie zakwitną. W sumie nie potrzeba wiele. Stworzyć warunki do nauki, mieć dobrą ekipę nauczycieli i można dużo osiągnąć. W naszym Centrum nauczanie jest integralne: humanistyczno-techniczno-duchowe. Młodzi, oprócz matury, nabywają też umiejętności kroju i szycia. Dzięki pomocy wielu dobrych ludzi i fundacji Ad Gentes możemy w tym roku dokupić kilka nowych maszyn do szycia. Marzy mi się otwarcie nowego warsztatu dla nich, bo pomieszczenie, w którym obecnie odbywają się zajęcia techniczne, jest niewielkie. Zobaczymy, czy nasze zasoby pozwolą nam na to. Widzę, jak Pan Bóg troszczy się o to dzieło, boliwia 2jak nam zawsze posyła ludzi chętnych do pomocy. Myślę też, że takie nauczanie integralne, w trosce o ciało i intelekt, ale też i o ducha, jest dziś bardzo ważne. Młodzi szukają własnych dróg, ale trzeba im pokazywać, że warto żyć wg wartości chrześcijańskich, budować na ich fundamencie. Kiedy maturzyści z ubiegłego roku przychodzili po odbiór swoich dyplomów (u nas nie wręcza się ich w dniu ukończenia szkoły, bo procedura jest bardzo skomplikowana), mogłam ich zapytać, jakie mają plany na przyszłość. Niektórzy już pracują, inni chcą zacząć naukę w jakimś instytucie. Niezależnie od zamiarów, wszyscy z dumą patrzyli na swój dyplom, szczęśliwi, że udało im się ukończyć pewien etap nauki i wdzięczni za to, co przeżyli w naszym Centrum.

W Polsce już przyzwyczailiśmy się, że nawet małe dzieci same czytają książki, surfują po Internecie. Naszym ludziom daleko do tego. Nie wiem, czy są przez to mniej szczęśliwi, ale wiem, że mają prawo, jak inni, mieć dostęp do edukacji, uczyć się, by uniknąć manipulowania przez innych.
„Ewangelia zawsze nas zachęca do podejmowania ryzyka spotkania z obliczem drugiego człowieka, z jego fizyczną obecnością stawiającą pytania, z jego cierpieniem i prośbami, z jego zaraźliwą radością, stale ramię w ramię. Prawdziwa wiara w Syna Bożego, który przyjął ciało, jest nieodłączna od daru z siebie” (papież Franciszek, Evangelii gaudium, 88).

Drukuj

Papua Nowa Gwinea

Dawida Strojek SSpS Papua Nowina Gwinea

Historia Lyin
Oto historia pewnej dziewczynki, która trzy tygodnie przebywała z nami we wspólnocie.
A było to tak. Któregoś dnia zadzwonił do nas biskup i zapytał, czy nie znalazłybyśmy miejsca dla 11-letniego dziecka, dziewczynki, która była torturowana przez miejscowych w jednej z wiosek w diecezji. Ludzie posądzili ją o czary i rzucanie uroków, potocznie zwane sangume. Tu, w górach wiele osób zostało oskarżonych o sangume i z tego powodu zostali bestialsko zamordowani. Ofiarami są często wdowy, samotne matki czy też dzieci – osoby, których nikt nie obroni. Wiara w posiadanie mocy złego ducha i używanie tej siły do spowodowania śmierci jest głęboko wpisana w mentalność mieszkańców tego regionu Papui Nowej Gwinei. Osoba oskarżona o czary zostaje odrzucona przez społeczeństwo, poddana torturom, spalona żywcem czy pocięta nożami, niezależnie od tego, czy się przyzna czy nie. W ubiegłym roku na obrzeżach naszego miasta Hagen została zmaltretowana i spalona żywcem 22-letnia kobieta, matka dwójki dzieci, posądzona o posiadanie mocy złego ducha i uznana za winną śmierci kogoś z wioski.
Ponieważ rodziców Lyin, bo tak dziewczynce na imię, zabito kilka lat temu z powodu posądzenia o sangume, została sierotą. Starsze rodzeństwo w strachu pouciekało i nikt się nią nie interesował. Lyin wychowywała się sama; gdzieś ją ludzie przygarnęli, gdzieś przez jakiś czas chodziła do szkoły, może dwa lata, ale ponieważ nikt jej nie pomagał, porzuciła naukę. Przez ostatnie dwa lata była zatrudniona przez wiejską nauczycielkę jako opiekunka do dziecka.

Tragedia i uwolnienie
Cała tragedia wydarzyła się w wiosce. Ludzie oskarżyli Lyin o to, że jest przyczyną chorób ich dzieci. Torturując ją, zmusili do wyznania, że jest opętana – zupełnie jak w średniowieczu i w czasach inkwizycji. Dziewczynka, zastraszona i poraniona – przecięli jej rękę w okolicach ramienia, nacięli nogę i część głowy za uchem – była bliska śmierci. Kilku nastolatków, pijanych i pod wpływem narkotyków, oskarżało ją i próbowało dalej kaleczyć, podczas gdy reszta biernie przyglądała się wszystkiemu, godząc się na te czyny. Opatrznościowo, w okolicy, gdzie  działa się ta tragedia, znalazł się ksiądz, który właśnie w tym czasie odwiedzał swoich parafian. Ktoś poinformował go o tym, co się działo z dzieckiem. Ksiądz zdążył dojechać na czas i po długich negocjacjach z miejscowymi udało mu się uwolnić dziewczynkę i zabrać z okrutnego miejsca. Trzeba dodać, że w takich chwilach trudno się z ludźmi rozmawia, nic do nich nie przemawia, są mocno przekonani o swoich racjach.
Gdy ksiądz i Lyin dojechali do nas, dziewczynka była poraniona i pocięta, przy czym w takim stanie znajdowała się od dwóch dni. Podziwiałam ją, że nie płakała z bólu, gdy przemywałyśmy i opatrywałyśmy jej rany. Bardzo szybko zadomowiła się u nas. Dobre jedzenie, leki i opieka pozwoliły uniknąć zakażeń i komplikacji. Jedno było pewne – była już w bezpiecznym miejscu i nie mogła wrócić do wioski. Mimo że miała rodzeństwo, nie wiedziała, gdzie ono się znajduje. Nikt jej nigdy nie szukał, nie znała swojego nazwiska, nie wiedziała, kiedy się urodziła, etc. My, siostry mogłyśmy dać jej tylko czasowe zamieszkanie. Dziewczynka potrzebowała pójść do szkoły, potrzebowała towarzystwa rówieśników.

Brak miejsca do życia dla sierot
Tutaj, w Papui Nowej Gwinei bardzo trudno znaleźć dom dla sierot czy opuszczonych dzieci. Taka instytucja nie istnieje. Co prawda, w okolicy mamy jeden dom dla sierot, o którym już kiedyś wspominałam. Mieszkają w nim dzieci porzucone przez rodziców. Powstał on z inicjatywy pewnej kobiety, której dużo pomagamy, kupując jedzenie, środki do mycia itp. Naszym pragnieniem jest zbudowanie dla tych dzieci nowego normalnego domu. Ta grupka sierot, a jest ich 12, mieszka w bardzo małym domu w buszu. Silne wiatry i deszcz zniszczyły ich poprzedni dom i w tej chwili nie mają gdzie się podziać. To wszystko boli, gdy o tym myślę. Nie ma tam miejsca dla naszej Lyin.

Po różnych staraniach udało mi się skontaktować ze zgromadzeniem pracującym w północno-zachodniej Papui. Siostry prowadzą tam dom dla dziewcząt, szczególnie sierot. Zgodziły się, by Lyin do nich przyjechała. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ wiem, że tam może otrzymać i dobre wychowanie, i bezpieczeństwo, i pójść do szkoły. Za kilka dni polecę z nią samolotem do Vanimo, gdzie ją zostawię pod opieką sióstr. Lyin jest tego świadoma. Początkowo miała dużo lęków i oporów, ponieważ przywiązała się do nas, jednak godzi się z tą sytuacją i na swój sposób cieszy, m.in. dlatego, że będzie chodzić do szkoły. Lyin jest bardzo bystrą dziewczynką i na pewno szybko nadrobi zaległości w nauce. Co ciekawe, kiedy kupowałam bilety na samolot, musiałam podać jej datę urodzenia i nazwisko. Szybko wymyśliłam i podałam 29 stycznia 2003 r., czyli wspomnienie św. Józefa Freinademetza. Niech ma go za patrona. Lyin nie jest katoliczką; należała do jakiejś sekty. Kiedy dowiedziała się, że my, siostry, jesteśmy katoliczkami, spontanicznie powiedziała, że boi się katolików, ponieważ w sekcie powiedzieli jej, że to źli ludzie. Naśmiałyśmy się, że ma do czynienia nie tylko z katoliczkami, ale i zakonnicami. Kiedy mieszkała z nami przez trzy tygodnie, bardzo szybko nauczyła modlić się i chodzić do kościoła; zapragnęła przyjąć chrzest. We wspomnienie św. Józefa Freinademetza została ochrzczona w naszej kaplicy i ten dzień stał się oficjalną datą urodzin Lyin. Można było tak zrobić, ponieważ w Papui Nowej Gwinei nie ma żadnych statystyk rejestru dotyczącego narodzin.

Wiele takich jak Lyin
Dzielę się tym wszystkim, ponieważ mam w sercu i radość, i ból zarazem. Radość, że udało się uratować czyjeś życie, także to duchowe, zapraszając do komunii z Bogiem poprzez chrzest. Radość, że taka mała istota znalazła miejsce u nas w klasztorze, wniosła dużo radości i prostoty dziecięctwa. Radość, że jej przyszłość jawi się pozytywnie. Ból dlatego, że mam świadomość, jak wiele jest takich dzieci, jak Lyin, tu w Papui Nowej Gwinei i na całym świecie, które nie mają takiego szczęścia jak ona, są opuszczone przez rodziców, nie chodzą do szkoły, są często głodne czy może nawet torturowane lub wykorzystywane. Pracując z ludźmi chorymi na AIDS, dotykam życia wielu sierot, dzieci pozostawionych samych sobie, bez środków do życia. Coraz więcej ich wokół nas, dzieci niczyich. To nowe zjawisko w Papui Nowej Gwinei. Wcześniej klan brał sieroty pod opiekę. Teraz choroba AIDS uśmierca niekiedy cały klan, więc problem staje się coraz trudniejszy.
Proszę o modlitwę i duchowe wsparcie – to siła uzdalniająca nas do służenia Bogu w ludziach, gdziekolwiek nas posyła. Dziękuję za każdy przejaw dobra. Niech wiara w Bożą miłość i Jego ojcowską troskę o nas zawsze nam towarzyszy i uczy, jak być hojnymi i dobrymi dla innych.
Życzę wszystkiego, co dobre i piękne. Pamiętam w modlitwie.

Więcej artykułów…

Kontakt

Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego
Congregatio Missionalis Servarum Spiritus Sancti (CM SSpS)
ul. Starowiejska 152,
47-400 Racibórz
tel. (0-32) 415-50-51, 415-98-09 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Powołaniowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Misyjny Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego
ul. Starowiejska 152;
47 - 400 Racibórz
tel.32/415 95 84;
e-mail referat Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.: www.siostrymisyjne.pl
Konto Misyjne:
BGŻ 15 2030 0045 1110 0000 0061 7240 z dopiskiem "na cele Misyjne"

Intencje

wyslij