Drukuj

Czechy

Witam!
Wielkanoc tuż za progiem. Z kilka godzin zabrzmi radosne ALLELUJA. Jak znam Morawiaków będzie dostojne. Już w przygotowanie liturgii wielkiego tygodnia włożyli całe serce. Odegrali i odśpiewali pasje... chór, ministranci, schola... umywanie nóg, kołatanie wokół kościoła ... Boży grób, adoracja.... Niewyspany, rozbiegany proboszcz ... Zadania rozdzielone od lat, każdy ma coś do zrobienia i stara się jak może.
Wysprzątane, kwitnąco, zielono...
To atmosfera wokół Keleciej fary a przy naszym małym domeczku małomiasteczkowy zakupowy ruch. Mieszkamy niedaleko rynku, a pod nami pokomunistyczne bloki. W nich sporo ludzi, którym obcy jest klimat kościelny... Wielki Piątek wieczorem takie słyszałam pod oknem rozmowy: „A wy co?... szykujecie grillowanie? Stawimy się za chwilkę...” Z pootwieranych balkonów słychać głośną muzykę i wesoły śmiech...
Co tam post... dla kogoś, kto nie wierzy to jeden z wielu piątków w ciągu roku. Nie mam prawa oceniać, bo wiara to łaska darmo dana.... Zamyślam się jednak nad tym darem wielokrotnie. Zwłaszcza w środy, gdy towarzyszę umierającym w hospicjum .Tam mało który Czech umiera wierząc w żywot wieczny i spotkanie twarzą w twarz miłosiernego Pana. Milknę... prosząc, aby mimo wszystko przytulił ich do Swego na oścież otwartego serca. Ma przecież zupełnie inną logikę miłości niż my ludzie.
W nocy z Wielkiego Czwartku na Piątek poszłam z młodzieżą na Svaty Hostin. (To oddalone jakieś 20 km znane morawskie sanktuarium Maryjne). Po drodze zatrzymywaliśmy się u przydrożnych krzyży i rozważaliśmy stacje Drogi krzyżowej. Modliliśmy się właśnie o wiarę dla nas samych ale i wszystkich wokół nas. Tym sposobem chcieliśmy być blisko cierpiącego i ofiarującego się za świat Jezusa. Niosłam ze sobą i Was!
Chciałam ogarnąć myślą całą ziemię... bo w tylu dalekich zakątkach jesteście! Uświadomiłam sobie znowu, że i tęsknota zbliża

s. Magdalena, Wielkanoc 2014

Drukuj

Botswana

Uczę się zaufania Bogu od prostych ludzi
Długo czekałam na wyjazd, więc Pan Bóg teraz mi chyba wynagradza – przez pół roku zdążyłam „misjonować” w dwóch krajach. Nasza regia to trzy kraje: Botswana, Zambia i RPA, więc jak tak dalej pójdzie, to na Wielkanoc może napiszę z Zambii?
A tak na poważnie. Byłam w RPA przez prawie pięć miesięcy na miejscu s. Dolores Zok SSpS. Pracowałam w klinice jako pomoc psychologiczna i opieka domowa (takie dziwne zawody) i jednocześnie załatwiałam formalności w Izbach Pielęgniarskich, aby móc oficjalnie pracować jako pielęgniarka. Chociaż siedziałam obok wykwalifikowanej pielęgniarki, nie mając nawet prawa podać paracetamolu, i nie rozumiejąc za wiele, o czym rozmawiano (zwykle w języku lokalnym), to ludzie nazywali mnie „biały doktor”. „Leczyłyśmy” wszelkie dolegliwości bardzo prostymi środkami i modlitwą.
Przyszedł jednak czas zmiany placówki i musiałam opuścić malowniczo położone Levubu, ludzi, z którymi zaczęłam się zapoznawać, owoce, a zwłaszcza mango, które jeszcze nie zdążyło dojrzeć… I zaczęłam od nowa tu, w Botswanie, załatwianie papierów (kolejki jak
u nas „za komuny”). Obecnie czekam na pozwolenie na pobyt i pracę w Botswanie oraz na rejestrację w Izbach Pielęgniarskich. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to może za kilka miesięcy rozpocznę pracę w szkole jako pielęgniarka. Mam nadzieję, że z Waszym modlitewnym wsparciem to się uda.
Na koniec pragnę się podzielić jednym doświadczeniem.
Jakiś czas temu, gdy byłam jeszcze w RPA, wybrałyśmy się z moją współsiostrą do miasta. Gdy tylko opuściłyśmy naszą misję, zepsuł nam się samochód. Jechał coraz wolniej, aż ostatecznie stanął na środku drogi. Zadzwoniłyśmy więc po pomoc najpierw do współsiostry, która przyjechała na miejsce z naszymi pracownikami. Próbowali naładować akumulator, ale to nie pomogło; stosowali jakieś inne sztuczki, ale też bez rezultatu. Pracownicy wrócili na misję, siostry natomiast pojechały do miasta wezwać pomoc. Zostałam więc w samochodzie i czekając na rozwój wydarzeń, modliłam się na różańcu, potem rozpoczęłam Koronkę do miłosierdzia Bożego i pewnie bym ją skończyła przed przyjazdem mechaników, gdyby nie fakt, że zapadłam w błogi sen…. Ocknęłam się, gdy moja siostra zastukała w szybę. Od tego momentu sprawy zaczęły się toczyć bardzo szybko i w niespodziewanym kierunku. Mechanicy zabrali się do pracy, zaczynając od akumulatora, sprawdzając tu i tam, ale bez większych sukcesów.
W tym samym czasie nadeszła moja koleżanka z sąsiedztwa, kobieta chora umysłowo. Od pierwszego spotkania stała się moją koleżanką, bo wcześniej była koleżanką Dolores, więc stało się to jakby automatycznie. Pozdrowiłyśmy się na powitanie i zapytałam ją, jak się czuje, na co odpowiedziała, że jest bardzo smutna, bo mój samochód zachorował i nie mogę dalej jechać. Po czym bez zastanowienia stwierdziła, że musimy się modlić, żeby Bóg go uzdrowił. Podeszła do samochodu, położyła rękę na masce i zaczęła bardzo gorliwie się modlić, żeby Bóg naprawił samochód, żebym mogła kontynuować podróż. Kiedy już kończyła modlitwę, mechanik ponownie spróbował uruchomić silnik. Tym razem udało mu się, więc moja koleżanka natychmiast rozpoczęła modlitwę dziękczynną, po czym pożegnała się i odeszła, chwaląc Boga. Przez chwilę stałam w osłupieniu, a następnie rozpoczęłam rozważania, czy to mechanicy naprawili ten samochód, czy też rzeczywiście była to ingerencja Pana Boga?
Od tamtego czasu jestem pod wrażeniem tego zdarzenia, zawstydzona prostotą jej wiary. Ja, misjonarka, Służebnica Ducha Świętego, uczę się każdego dnia od prostych ludzi zaufania Bogu. Teraz doświadczam tego, o czym wielokrotnie słyszałam, że wyjeżdżając na misje można więcej otrzymać, niż jest się w stanie dać.
Iwona Szatkowska SSpS, Botswana

Drukuj

Boliwia

Niech żyje Święty Trojjedyny Bóg w sercach naszych!

Tapacari, 19 marca 2014, Uroczystość Św. Józefa

Kochani Przyjaciele misji! Ciepło i serdecznie pozdrawiam Was letnia jeszcze pora z naszego pięknego Tapacari, z gor, przez ktore blizej nam do nieba... Śmieję się często opowiadając o miejscu, w którym mieszkam, ze jest sercem raju  trudno dostępnym z powodu braku dobrych dróg, ale wartym odwiedzenia, bo przecież któż nie chciałby być w raju. Pisalam juz o nim w moim poprzednim liscie, ale mysle, ze kilka zdan moge powtorzyc dla tych, ktorzy moze nie znaja tego miejsca. Tapacari położone jest na swego rodzaju półwyspie. Uznawane za miasto, bo jest stolica prowincji, zachowuje wszystkie cechy charakterystyczne dla wioski – pola uprawne, stada owiec czy koz pasace się na zboczach, domki maleńkie i skromne, i oczywiście to, ze wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

Położone jest na kawałku ziemi wysuniętej z gór, otoczone malowniczymi pasmami górskimi i oplecione ze wszystkich stron rzekami. Te, niestety, dają nam czasem odczuć swa sile. W ciągu pięciu minut, wody w rzece może przybyć tak nagle, jakby ktoś naraz zdecydował wszystka wodę skumulować w jednej rzece. Tu dopiero można poznać sile żywiołu. Wiele ludzkich istnień zabrały już ze sobą te wody. Możecie sobie wyobrazić jej sile, skoro nawet ciężarówkę jest w stanie przewrócić ten silny nurt rzeki… Na pewno i w Polsce można było usłyszeć o katastrofalnych ulewach, jakie nawiedziły w tym roku północna część Boliwii zalewając doszczętnie niektóre wioski, niszcząc uprawy, pozbawiając życia wiele osób, a cały region pozbawiając środków do życia… To daleko od nas, bo Tapacari leży w departamencie Cochabamba, w centrum Boliwii, ale w tamtych rejonach niektórzy z moich przyjaciół musieli walczyć o życie… Mówili później o tym, jak się zmieniał krajobraz w kilka godzin, o miejscowościach, z których nic nie zostało, bo woda całkiem je zakryła, o osobach zaginionych, które nie pojawia się w żadnych statystykach o zmarłych, bo nikt nie wiedział, ze w tamtym terenie przebywali, jako ze był to sezon zbioru migdałów i wszystkich chętnych przyjmowano do tej trudnej pracy. Dziękuję Bogu, ze przyjaciele wrócili do nas, ale tez i Was proszę o modlitwę za osoby, które zginęły, za te, które cierpią po stracie swoich bliskich. Organizowane są wciąż akcje solidarnościowe, żeby pomoc rodzinom, które przeżyły, ale tym, którzy stracili swoje rodziny nie pomogą żadne przedmioty, tylko Bog, ktory daje pocieche… Smutnymi wiadomościami zaczęłam ten list, ale myślę, ze wszystkim nam mogą one pomóc zatrzymać się nad tajemnica życia… Jakże ono jest kruche i jak nagle może nadejść chwila spotkania z Panem twarzą w twarz…

Czas Wielkiego Postu jest sposobny na przemyślenie tez tego, jakie jest nasze życie, na czym je spędzamy, dla kogo żyjemy…? Papież Franciszek zachęca nas często, byśmy chcieli służyć, i by nasze codzienne życie było przesiąknięte nauczaniem Ewangelii, a ta by była źródłem naszej radości. Świat potrzebuje chrześcijan radosnych, mocnych w wierze, przekonanych do niesienia Ewangelii innym i czyniacych dar ze swego zycia. Teraz może trochę wieści o tym, co robię, czym żyję. W ubiegłym roku przyglądałam się, jak funkcjonuje nasza szkoła dla dorosłych pomagając drugiej siostrze w różnych zadaniach. Od tego roku stałam się za nią odpowiedzialna, bo moja współsiostra wróciła do swojego kraju, by tam podjąć inna misje. W naszej szkole uczą się młodzi w wieku od 15 lat, którzy dawniej nie mieli możliwości ukończenia szkoły. Coraz częściej slysze tez glosy proszace o przyjecie osob, które moglyby uczestniczyć w lekcjach tylko wieczorami. Dla nich trzeba by początkowo pomyslec o alfabetyzacji, bo w większości sa to dorosle już osoby, które powinny zacząć od podstawówki. Kiedy rząd naszego państwa zapewnia, ze w kraju nie ma już analfabetow, mam ochote glosno krzyczeć, ze to jest kłamstwo, fałszowanie wynikow badan… ale mysle, ze to tym osobom w niczym nie pomoze, wiec co najwyżej z oferta naszej szkoły chcemy dotrzeć jak najdalej. Ostatnio, kiedy pani, która gotuje w naszym internacie podpisywala kontrakt o prace i widziałam, ze potrafi napisac samo tylko swoje imie, powiedziałam jej, ze postaram się w tym roku, żeby miała tez czas na nauke... Wiem, ze osoby, które nigdy nie chodzily do szkoły, dziś się wstydzą ujawniać, boja się wyśmiania. Tak, jakby to była ich wina, ze nie dane im było siedzieć w szkolnej lawce… Jednej pani, która niedawno przyszla na parafie po swiadectwo chrztu dla swojego bratanka, długo nie zapomnę. Mowila tylko w quechua, wiec starałam się moim lamanym quechua dowiedzieć cos więcej o niej, kiedy szlysmy do biura. Az w jednym momencie pani powiedziała, ze tak by chciała mowic po hiszpańsku, ale nigdy nie chodzila do szkoły, nie miała okazji się tego jezyka nauczyć i dzisiaj jest „glupia jak osiol”… Kiedy ktoś sam na siebie używa tego określenia, to jest to bardzo mocne, wiec i na mnie zrobilo wrazenie. Powiedziałam pani, ze ja nie mowie za dużo w quechua, wiec jesteśmy w podobnej sytuacji… ale i tak jakos się dogadujemy. Nie dodałam oczywiście, ze ja owszem, mam jeszcze sposobność nauczenia się jezyka naszych ludzi, a jej chyba nikt juz nie zaproponuje nauki, nie uwolni od codziennych obowiazkow domowych. Programy rzadowe nastawione sa na alfabetyzacje w stylu: każdy ma umiec napisac poprawnie swoje imie i nazwisko, nr dowodu osobistego i date urodzenia… ale wszyscy wiemy, ze jest to manewr polityczny, a nie troska o ludzi, bo kiedy przyjdą wybory, chodzi o zdobycie glosu tych osob, wdzięcznych za to, co się dla nich zrobilo… Nigdy nie sadzilam, ze będę pracować w edukacji, ale widzac potrzeby naszego kraju, ciesze się, ze mam w tym udział. Moja wielka radoscia jest kontakt z mlodzieza. Kiedy widze ich przemianę, ciesze się razem z nimi. To jak patrzeć na rozwijające się paczki, które za chwile już pięknie kwitna. W sumie nie potrzeba tak wiele. Stworzyć warunki do nauki, mieć dobra ekipe nauczycieli i można osiagnac wiele. W naszym Centrum nauczanie jest integralne: humanistyczno-techniczno-duchowe. Młodzi oprócz matury nabywają tez umiejetnosci kroju i szycia. Dzięki pomocy wielu dobrych ludzi i fundacji Ad Gentes możemy w tym roku dokupić kilka nowych maszyn do szycia. Marzy mi się otwarcie nowego warsztatu dla nich, bo pomieszczenie, w którym obecnie odbywają się zajecia techniczne jest niewielkie. Zobaczymy, czy nasze zasoby nam na to pozwolą

Widze, jak Pan Bog troszczy się o to dzielo, jak nam zawsze posyla ludzi chętnych do pomocy. Mysle tez, ze takie nauczanie integralne, w trosce o ciało i intelekt, ale tez i o ducha, jest dziś bardzo ważne. Młodzi szukają własnych drog, ale trzeba im pokazywać, ze warto zyc według wartości chrześcijańskich, budowac na ich fundamencie. Kiedy maturzyści z ubiegłego roku przychodzili teraz po odbiór swoich dyplomow (u nas nie wręcza się ich w dniu ukończenia szkoły, bo procedura jest bardzo skomplikowana), mogłam ich popytać, jakie maja plany na przyszlosc. Niektórzy już pracują, inni chcą zacząć nauke w jakims instytucie. Ale niezależnie od zamiarow, wszyscy z duma patrzyli na swój dyplom, szczęśliwi, ze udało im się ukonczyc pewien etap nauki i wdzięczni za to, co przezyli w naszym Centrum. W Polsce już przyzwyczailiśmy się, ze nawet male dzieci same czytają książki, serfują po internecie. Naszym ludziom daleko do tego. Nie wiem, czy sa przez to mniej szczęśliwi, ale wiem, ze maja jednakowe prawo, jak inni, by mieć dostep do edukacji, by się uczyc i uniknąć przez to bycia manipulowanymi przez innych.

Proszę Was goraco, Kochani, byscie w swoich modlitwach pamiętali o braciach i siostrach z Boliwii. Ja tez każdego z naszych ludzi i każdego z Was wkładam w rece Boga proszac, by wylewal na nas wszystkich swoje obfite blogoslawienstwo. I oby czas Wielkiego Postu pomagal nam wszystkim wejść w rozważanie meki Jezusa, cierpiącego dziś w ubogich i wykluczonych ze społeczeństwa, i by uczynil nas bardziej wrażliwymi na ich potrzeby. Niech owocem naszych wysilkow – postu, modlitwy i jalmuzny - będzie radość z ujrzenia zmartwychstania Pana i z otrzymania NOWEGO ZYCIA, które rodzi sie tam, gdzie umieramy dla siebie, by zyc dla innych. „Ewangelia zawsze nas zachęca do podejmowania ryzyka spotkania z obliczem drugiego człowieka, z jego fizyczną obecnością stawiającą pytania, z jego cierpieniem i prośbami, z jego zaraźliwą radością, stale ramię w ramię. Prawdziwa wiara w Syna Bożego, który przyjął ciało, jest nieodłączna od daru z siebie....” (Franciszek I, Evangelii Gaudium 88)

W milosci Ducha Swietego, wdzieczna i pamietajaca w modlitwie,

s. Joanna Cwikowska SSpS

Drukuj

Ghana

Afryka, Ghana, Nkawkaw, 28 luty 2014

Kochana Siostro Prowincjalna i kochane Siostry!

Przesyłam pozdrowienia z Ghany i 'kilka linijek' o mojej obecnej pracy

"Być w łączności…w Chrystusie I z Chrystusem"

Tak ogólnie mogę zatytułować moje nowe doświadczenie, na nowym miejscu. Oczywiście bardzo bym chciała, żeby to zawsze była łączność w Chrystusie I z Chrystusem, ale może tym razem zacznę od pierwszej części tego zdania. ‘Być w łączności’ to dla Ghanejczykow bardzo ważne, można powiedzieć podstawowe prawo społeczne. Zasady I reguły życia wspólnotowego obowiązują wszystkich I to jest to co akceptują. Wcale nie dążą do bycia niezależnymi. Lokalne przysłowie mówi, ze jedna gałązkę łatwo złamać, ale powiązane razem są nie do złamania. I tego się trzymają. To grupa, rodzina jest odpowiedzialna za zachowanie członków rodziny. Można powiedzieć, ze jest to ich moralna perspektywa, bazująca I oparta na podtrzymaniu tradycji i na wspólnym dobru rodziny, gdzie ogromna role odgrywają liderzy, tzn. rodzice, wujkowie I ciocie.

Co prawda od 3 lat jestem w Ghanie, ale ponieważ zostałam przeniesiona w inny rejon, musze przyznać, że na nowo trzeba się przyzwyczajać do nowego miejsca. Wcześniej przez 2 lata byłam na północy Ghany pracując w lokalnym ośrodku zdrowia. A oto moje nowe miejsce (obecne): Nasza międzynarodowa wspólnota składa się z 9 sióstr (5 narodowości.).

Można powiedzieć, że żyjemy na terenie szpitala w dosyć dużym mieście o nazwie (czyt. Inkoko) Nkawkaw we wschodniej Ghanie. Na początku, gdy szpital dopiero powstawał, nowe oddziały były budowane w pobliżu domu sióstr. Ale teraz wygląda to odwrotnie, dom sióstr jest jakby jednym z budynków szpitala. Szpital mieści kilka podstawowych oddziałów, tzn. są to parterowe budynki, razem ok. 300 łóżek. Personel szpitalny w większości oczywiście jest miejscowy, a wiec 6 lekarzy, pielęgniarki I położne to Ghanejczycy I Ghanejki. W najbliższej przyszłości 2 nasze siostry będą przeniesione do innych wspólnot, zostanie nas wiec 7 z czego 6 pracujących w szpitalu. Obecnie (od 3 miesięcy) pracuje na sali porodowej I oddziale położnictwa (w tłumaczeniu angielskim jest na to jeden wyraz: “Maternity”). W tym szpitalu rodzi się bardzo dużo dzieci, bo średnio ok. 400 na miesiąc.

Warunków nie chciałabym za bardzo opisywać, bo żyjemy w Afryce I warunki są afrykańskie, często daleko odbiegające od standardów europejskich. Ale co mnie bardziej tutaj fascynuje, to życie kulturowe, socjalne I relacje międzyludzkie. Będąc tutaj, ma się wrażenie, ze żyje się tu jakby trochę inaczej. Powodem tego jest również inny świat wartości tutejszych ludzi. Chciałabym podać kilka przykładów różnicy tej mentalności, z którą osobiście spotykam się w Maternity. Poznając trochę te mentalność, łatwiej zrozumieć, dlaczego czasem (nasze europejskie czy cudzoziemskie) rozwiązania czy propozycje są dla nich właściwie nie do zaakceptowania. Często dla mnie szokujące jest, że trzeba mówić tylko to co będzie podtrzymywać harmonie w dalszych relacjach, to ,co rozmówcy chcą usłyszeć w danej sytuacji, a nie to co jest uczciwą prawdą. Czasem więc są wymyślane “historie”, które zawsze mogą ulec zmianie. Można sobie wyobrazić, że nie jest to pomocne, gdy zbiera się np. tzw. “wywiad położniczy”…

Często tez omija się nazywanie spraw po imieniu. Wola mówić ogólnie, w przysłowiach I metaforach. Bardzo powszechne jest to, gdy np. rozmawiają o kimś zmarłym, to nie wypowiadają wprost jego imienia bojąc się, aby przez to nie sprowadzić ducha zmarłego na siebie lub na swoich bliskich. W sposobie mówienia tez widać różnice. Głośno I krzykliwie wypowiadane słowa są przez nas (‘europejczykow”) odbierane jako nieprzyjemne, ordynarne I grubiańskie, ale dla nich są oznaka siły, szczerości I pewności, I okazywanie publicznie takich emocji jest w pełni akceptowane. Podkreśla to , że sprawy o których się mówi są dla rozmówców bardzo ważne. W sposobie myślenia często duża role odgrywają siły nadprzyrodzone I wiara w przeznaczenie. Ludzie generalnie są przesądni I często wierzą, że nie można nic zmienić, gdy doświadczy się jakiegoś nieszczęścia. My podziwiamy ich cierpliwość I zdolność akceptowania tego co przychodzi oraz ogromna wytrzymałość na ból. Ale to pewnie po części wynika z mentalności czy z przekonania, ze nie ma sposobu, żeby to zmienić. Najtrudniej dla mnie było przyjąć wiadomość, że rodzina nie zaakceptowała noworodka, którego matka zmarła przy cieciu cesarskim (z powodu krwotoku z łożyska przodującego). Dowiedziałam się od naszego personelu, że rodzina oskarżyła noworodka o zabicie matki, i….dopiero po 4 dniach przyszła do szpitala po rzeczy kobiety I ……..po jej dziecko. Jaki los czeka te dziewczynkę?....

Czy znajdzie miłość w takiej rodzinie?... Polecam ją modlitwie. Podobny los może spotkać jednego z bliźniaków, który przeżył. Chłopiec urodził się jako drugi I przeżył, ale kobieta przyszła do porodu za późno, z wpadniętą pępowiną I pierwsza z bliźniaków (dziewczynka) urodziła się nieżywa. Tego małego chłopca I jego rodzinę tez polecam modlitwom..... Ludzie często maja swoje audycyjce wyjaśnienia I wytłumaczenia, a podawanie im medycznych racji często do nich nie przemawia. Trzeba bowiem pamiętać, ze ludzie żyją tu w bardzo mocnych zależnościach I relacjach rodzinnych. Zależy więc, kto ma najwięcej do powiedzenia w danej społeczności. Liczy się tez kogo się zna I jakie ten ktoś ma wpływy. Natomiast praca ponad to co jest konieczne jest mało ważna. Gdy jednak cos robią, wykonują to bardzo, bardzo zręcznie I sprawnie. Wiele razy to podziwiałam.

Dosyć trudno przychodzi im natomiast otwarta konfrontacja (czyli przyznanie się do błędu) . W ich pojęciu zaburza to cala harmonie I jak to w tradycyjnej rodzinie bywa krytykę mogą przyjąć tylko od autorytetu. Trzeba o tym pamiętać pracując I będąc z nimi na co dzień. Wspomniałam juz, ze nie za bardzo dążą do niezależności. Widać to dobrze na przykładzie kobiet przychodzących do porodu. Kobieta, gdy rodzi dziecko wie, ze nie będzie zostawiona sama, wie, ze kobiety z jej rodziny pomogą jej przy gotowaniu, praniu I opiece nad pozostałymi dziećmi. Kobieta do porodu przychodzi zawsze z jeszcze jedna panią. Jest to mama, siostra, teściowa, ciocia albo kuzynka I ona właśnie nosi jej rzeczy, przygotowuje jej posiłki I pierze wszystkie pokrwawione I pobrudzone ubrania I kawałki materiałów. Ona najczęściej tez niesie do domu urodzone dziecko, bo kobiety wypisywane sa ze szpitala zwykle juz na drugi dzień po porodzie. Będąc wiec obcokrajowcem najlepiej pamiętać, ze obie strony maja swoje oczekiwania. Lokalna ludność myśli, ze ‘przyjezdny’ jest zawsze bogaty I wpływowy, że przyjeżdża kierować szkołami, projektami, szpitalami, a nie pracować jako robotnik. Patronuje udzielaniu pomocy I przyjeżdża, żeby dawać, ‘bo ma’. Dlatego wiec często ludzie bez żadnego zażenowania proszą ‘przyjezdnych’ o pieniądze. Natomiast ‘przyjezdny’ tez ma swoje oczekiwania I ‘obraz siebie’.

Szczególnie w szeregach misjonarek I misjonarzy spotyka się przekonanie, że jest się jedynie zwykłym wolontariuszem ,gotowym do pracy w terenie (a nie w biurze)’, osoba, która nie boi się ‘pobrudzić sobie rąk pracą’, ale która tez ma dosyć ograniczone wpływy. Ta różnica mentalności nie przeszkadza jednak w nawiązaniu dobrych I przyjacielskich relacji z tutejszymi ludźmi. Są oni bowiem generalnie bardzo życzliwi, pogodni, otwarci, chętni do pomocy I pozytywnie nastawieni. Dobrze jest wiec umieć to docenić I zrobić wysiłek, aby patrzeć również z ich perspektywy.

Dopiero bowiem ich perspektywa patrzenia na świat pozwoli stopniowo dostrzegać co tak naprawdę jest potrzebne I czego brakuje. Dopiero z tej perspektywy można wydobywać wartości, nowe idee, siły I pomysły. Tak w skrócie wygląda moja rzeczywistość codziennego zmierzania się z innością tej kultury. Warto tez podkreślić, że podstawa jest tu powierzanie siebie I tych ludzi Panu Bogu., a wiec modlitwa misjonarzy I za misjonarzy.... I tej modlitwie też się polecam. Bycie w łączności z Chrystusem I w Chrystusie pozwala patrzeć na świat z Jego perspektywy, a to zawsze zacieśnia więzy międzyludzkie.

z pozdrowieniami s. Beata SSpS

Drukuj

Mozambik, grudzień 2006 r.

Mozambik, grudzień 2006

Kochani w Polsce,

Śpieszę, by powiedzieć Wam: szczęśliwych, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, wiele radości i pokoju od Małego Dzieciątka Jezus! Obfitującego w Boże łaski Nowego Roku 2007! Ten rok minął mi jak jeden dzień albo jak jedno przedpołudnie.

Wszystko, co było zaplanowane w domu i pracy pastoralnej udało się zrealizować. Wymagało to dużego wysiłku. Na zakończenie roku mamy kilka nowości. S. Rozalia dostała przeznaczenie do wspólnoty w Liupo, a ja idę na jej miejsce do Marinque; być może uda mi się rozpocząć pracę w ośrodku zdrowia; tutaj z władzami nigdy nic nie wiadomo, dlatego pewności mieć nie można.

Dokładnie 23.12. odlecę z Nampula do Beira. Święta Bożego Narodzenia przeżyję w naszej wspólnocie na Beira; po świętach Rozalia przyjedzie, aby mnie zabrać do Marinque, więc mamy kilka dobrych dni, aby przekazać sobie pracę. Z naszej wspólnoty z Liupo na urlop udała się s. Gladis z Paragwaju. Będzie to urlop wypoczynkowo- zdrowotny, ponieważ dostała żółtaczki po przebytej i niedokładnie wyleczonej malarii, proszę o modlitwę...

Pozostała tylko s. Teresita z Argentyny, pracująca w Liupo.

W styczniu rozpoczynamy rekolekcje i spotkanie (4-15. 01). Będziemy obecne wszystkie, tak więc okazja, by spotkać naszą Hanię. Słyszałam od Rozalii, że bardzo dobrze radzi sobie z językiem i ma przeznaczenie do Guro.

W całym Mozambiku powoli rozpoczyna się pora deszczowa. Wszyscy na nią czekają z wielkim utęsknieniem, bo mamy wielki brak wody. Rozdzielamy ludziom nasiona grochu, słonecznika czy sezamu.

Tak więc nadszedł dla mnie czas pożegnania z ludem Makhuwa... Przeżyłam na północy Mozambiku 4 lata, które minęły szybko, a ja wiele się nauczyłam. Ludzie stali się dla mnie drogimi braćmi i siostrami, przyjaciółmi w Bogu. Szczególnie w Piupo-Moginenal w ciągu ostatnich dwóch lat bardzo się do nich zbliżyłam, poznając ich kulturę, zwyczaje; są dla mnie pięknym darem od Boga. W tym ostatnim czasie zrobiliśmy wspólnie wiele prac formacyjnych. Z dużym wysiłkiem zorganizowaliśmy nasze ogródki ziołowe, które rozprzestrzeniły się po całej parafii/misji, tj. 11 okręgów.

Trzeba na ten czas spojrzeć z wiarą i podziękować Bogu za wszystko, co się dokonało! Nadszedł czas przeprowadzki i trzeba iść do innej misji. Rozalia natomiast będzie miała okazję poznać lud, który lubi żartować i ma wiele radości w sobie...

Dziękuję wam za korespondencję, modlitwę i ofiarę! Pozdrawiam zwłaszcza nasze chore Siostry i naszych Przyjaciół...

Szczęść Boże!

s. Ancilla Bartosik SSpS (Mozambik)  

Drukuj

Togo

Togo, Boże Narodzenie 2006

Kochani,

Trwając w atmosferze radości i miłości Świąt Bożego Narodzenia pragniemy i my – z dalekiej Afryki - złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Niech Dziecię Jezus – źródło prawdziwej miłości, głębokiej radości i niezachwianej nadziei, będzie dla Was mocą i siłą w całkowitym z Nim zjednoczeniu. Niech Ta cudowna Tajemnica Wcielenia Syna Bożego będzie fundamentem wzrostu Waszej wiary w życiu codziennym. Ponadto życzymy Wam wiele łask i błogosławieństwa Bożego w Nowym Roku 2007.

 z modlitwą

s. Iwona Piątek i s. Bożena   

P.S. Bardzo dziękuje za listy i zawarte w nich życzenia świąteczne, opłatek i „Misjonarze”. Czytając całość korespondencji od razu poczułam się na nowo w Raciborzu. Cieszę się, że podczas mojego urlopu było mi dane spotkać się z Wami i podzielić się moimi pierwszymi wrażeniami. Jeszcze raz dziękuję za bardzo miłe przyjęcie!

U mnie nic się szczególnego nie wydarzyło się. Nadal jestem w Bassar i pracuję w szkole i na wioskach – tak jak przedtem. Doszła mi jeszcze powołaniówka i grupa dziewcząt. Po urlopie mój start jest oczywiście łatwiejszy, tym bardziej, ze powróciłam do tej samej placówki. Pracy pastoralnej oczywiście mi nie brakuje.

Z grupą dziewcząt udało mi się przygotować „Jasełka”, które przedstawiłyśmy już w niedzielę (24.12.) przed Mszą św. Dziewczyny w wieku 13-26 lat okazały się solidne i wytrwałe, jak na swoje możliwości. Wiele włożyłyśmy w to wysiłku i poświęciłyśmy dużo czasu. Sama jestem pod wrażeniem, ponieważ one nigdy nic nie przedstawiały i bardzo się cieszyły, że nareszcie mogły uczynić coś dla wspólnoty parafialnej. Z tej okazji zaprosiły nie tylko swoich rodziców, ale również całą rodzinę i znajomych. I o to właśnie chodziło! Planujemy w najbliższym czasie pojechać do wiosek i przedstawimy je również dla dzieci z mojej szkoły katolickiej. Bardzo proszę o modlitwę w tej intencji, ponieważ z wyjazdem do wiosek to nie taka prosta sprawa – wymaga to wiele zachodu i dziewczęta muszą naprawdę stanąć na wysokości zadania.

Poza tym, miałyśmy przygodę z naszym telefonem i internetem. Otóż jakieś 2 tygodnie przed Świętami ludzie zaczęli palić wysuszone trawy, czasami sięgające 4 m. Przy okazji spalono nam 2 słupy telefoniczne. Pisze „nam”, ponieważ tylko my mamy telefon w naszej dzielnicy.

Po zgłoszeniu reakcja była pozytywna i „ekipa fachowców” udała się na miejsce. Niestety, złodzieje pojawili się się nieco wcześniej i skradli spory kawałek drutu telefonicznego. Ekipa zniechęciła się całkowicie... i przez półtora tygodnia nic nie zrobiła. Dopiero gdy przyjechała nasza s. Przełożona z urlopu z Ghany, coś poskutkowało. Pojechała do ich biura i oznajmiła, że nie ruszy się z miejsca – będzie nawet nocować, jeżeli oni natychmiast nie zabiorą się do pracy. Oczywiście, jeszcze tego samego dnia zniechęcona ekipa naprawiła szkody. Teraz na nowo mamy kontakt zarówno telefoniczny, jak i internetowy. Na koniec dodam jeszcze, że bardzo często wyłączają prąd; podobno czynią to w całym Togo. Osobiście nie narzekam, ponieważ nasze dwie wspólnoty misyjne: jedna w Togo w Helocie, druga w Beninie, w ogóle nie maja prądu.

Kończąc, jeszcze raz serdecznie Was pozdrawiam i dziękuję za modlitwę.

s. Bożena    

 

Kochane Siostry!

Pozdrawiając Was bardzo gorąco pragnę i ja napisać kilka słów o tym, co słychać u mnie. Jak zapewne wiecie, nadal pracuje w naszej przychodni w Bassar. Pracy nie brakuje, chorzy przychodzą każdego dnia na konsultacje, niekiedy jest ich naprawdę sporo, czasami są mniej liczni. Ponadto zajmuję się szczepieniami na wioskach, zarówno tych w pobliżu Bassar, jak i bardziej oddalonych i ukrytych często w buszu. Teraz – w porze suchej – można tam w ogóle dotrzeć samochodem, chociaż drogi są w stanie katastrofalnym - pełne dziur, wyrw, porośnięte trawą, bo oprócz naszego samochodu nikt, zupełnie nikt, żaden śmiałek nie zdecydowałby się tam udać.

Ale pomimo tych niedogodności wyjazdy do wiosek to moja ogromna radość i pasja. Często przed rozpoczęciem szczepienia, które odbywa się pod jakimś większym drzewem, udaję się na spacer po wiosce wraz z dziećmi, dla których to wielka atrakcja. Zawsze któreś z nich jest moim przewodnikiem, inne zaś tłumaczem. Te krótkie wizyty w domach mieszkańców wioski, pozdrowienia, niedługie rozmowy, dają mi możliwość zobaczenia, jak naprawdę żyją ci ludzie, jak pracują, czym się zajmują, jak wygląda ich życie na co dzień.

Kochane Siostry, pozdrawiam raz jeszcze, radośnie i świątecznie, mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy w Raciborzu podczas mojego urlopu. Pamiętam w modlitwie -

S. Iwona Piątek     

Więcej artykułów…

Kontakt

Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego
Congregatio Missionalis Servarum Spiritus Sancti (CM SSpS)
ul. Starowiejska 152,
47-400 Racibórz
tel. (0-32) 415-50-51, 415-98-09 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Powołaniowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Misyjny Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego
ul. Starowiejska 152;
47 - 400 Racibórz
tel.32/415 95 84;
e-mail referat Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.: www.siostrymisyjne.pl
Konto Misyjne:
BGŻ 15 2030 0045 1110 0000 0061 7240 z dopiskiem "na cele Misyjne"

Intencje

wyslij