Drukuj

Mozambik

Mozambik, 9.06.2007    

Niech żyje Święty, Trójjedyny Bóg w sercach naszych i w sercach wszystkich ludzi!

Kochani Przyjaciele,

Gorące pozdrowienia z płn. Mozambiku, z Liupo, gdzie jestem od końca stycznia, mogę więc podzielić się moimi pierwszymi wrażeniami.

Okolica jest bardzo zielona, dużo drzew - potężnych kasztanowców „kazu”,jak też drzew mango, nie brakuje również dodających uroku palm kokosowych; teren piaszczysty, spowodowany bliskością oceanu (w linii prostej ok.50 km). Głównym pożywieniem tutejszego ludu jest maniok, fasola, orzeszki ziemne, kukurydza, no i ryby świeże czy suszone. Maniok suszy się i miele, mąka jest wtedy brudnobiała, ale pure wychodzi po ugotowaniu ciemnozielone, czasami bardzo gorzkie, ze sporą dozą piasku... Sposób przechowywania daje wiele do życzenia, dodatkowo owa „manioka czerwona” jest szkodliwa dla zdrowia, jeśli źle się ją ugotuje, zawiera bowiem truciznę. Sporo ludzi skarży się tu na ból głowy, ponieważ jedzą suchy maniok, bez gotowania.

Obecnie skończyła się pora deszczowa, przechodzą co tydzień lub dwa lekkie deszcze; ludzie są zadowoleni, w tym roku nie będzie głodu! Kto się nie lenił w obróbce pola, będzie miał pełny garnek, ale są i tacy, którzy nie pól nie mają i żyją, kradnąc ludziom zbiory. Pasożyty istnieją wszędzie!

Kasztanowce są podstawowym środkiem zdobycia pieniędzy. To potężne drzewa, które przy dobrej pielęgnacji wydają dobry plon. Podstawowym produktem są kasztany-orzechy eksportowane przez Afrykę-ubocznym zostaje olej służący do przemysłu ciężkiego; robi się też mydło.

Lud zamieszkujący te tereny to „makua”, lud bantu bardzo zamknięty w swoich tradycjach. Lud matriarchalny, gdzie dzieci należą do rodu matki; w przypadku rozwodu-a jest ich mnóstwo-dzieci automatycznie idą za matką, a gdy ta przypadkowo umiera, to jej najbliższa rodzina, szczególnie najstarszy brat, decyduje o losie dzieci: czy zostaną z ojcem, czy pójdą do rodzin z rodu matki. To tutaj bardzo skomplikowane do tego stopnia, że rodzina w naszym polskim czy europejskim myśleniu, tutaj nie istnieje.

Jedną z najbardziej trudnych prac pastoralnych jest właśnie praca z rodzinami. To, co my uważamy za rodzinę: ojciec, matka, dzieci, tutaj nie jest rodziną, tylko po prostu jakby komórką rozrodczą... Rodzina to klan matki lub klan ojca. Dopiero tu człowiek odnajduje swoje miejsce i nie może mu się sprzeniewierzyć, bo zostanie sam, a tu to prawie jednoznaczne ze śmiercią. Ma to swoje dobre, solidarne strony, jak np. pomoc w potrzebach, dzielenie się dobrami w czasie głodu, wspomaganie dzieci w kształceniu się, wspólne szukanie rozwiązań problemów, chorób, nieszczęść... Jednak ma też słabe strony, rzucające się nam się w oczy. Jeśli jeden z członków wielkiej rodziny zachoruje, to oczywiście musi przejść przez znachora, by wiedzieć, kto temu jest winien. Ten też dostaje zapłatę, gdy choroba jest nieuleczalna. W ostatnich dniach wszyscy towarzyszą choremu, podobnie jak i tydzień po śmierci, objadając dom chorego, nic nie przynosząc ze sobą. Nie obchodzi ich, czy ten ktoś ma lub nie dobry zapas jedzenia, o co tu bardzo trudno przecież, i co mu zostanie na przyszłość! Najważniejsze jest towarzyszenie choremu...

Inny przykład. 12-letnia dziewczynka uczyła się w szkole, ojciec był czymś w rodzaju naszego przewodniczącego rady szkolnej. Wujek czyli brat matki zadecydował, że czas na zamążpójście. Dziewczynka nie chciała, jej ojciec również wyraził życzenie dalszej jej nauki. Na to wszystko rodzina matki powiedziała, że ojciec nie ma nic do gadania, a wszedł do rodziny tylko po to, by spłodzić dzieci, nie zaś, by podejmować decyzję. Dziewczynkę zgwałcono... Nauczyciel ze szkoły podał ten przypadek do lokalnego „sądu”, ale tu normalnie rozpatrzy się sprawę bardzo powierzchownie.

Lud makua jest mściwy i wszyscy się boją się zemsty. Gdyby ktoś coś doniósł, to może się spodziewać najgorszego: od rzucenia uroku aż po spowodowanie śmierci przez otrucie. Nasi katolicy nie są wolni od tego wszystkiego, ponieważ jedna wielka rodzina to mieszanina chrześcijan, muzułmanów, wierzeń tradycyjnych. Nasi wierni są pod presją większości, a większość to tradycjonaliści. Dodatkowo są bardzo bojaźliwi i wierzą we wszelkie fetysze; wiara jest jeszcze bardzo słabiutka, chwieje się, gdy przychodzi burza. Powodem tej słabości są również słabe katechezy. Nasi katechiści czasem tylko czytają z książki materiał i dosłownie czytają go bez głębszego zrozumienia, nie mówiąc już o jakimkolwiek wytłumaczeniu...

Ja, jak do tej pory, zajęłam się formacją 2 grup należących do parafii: chrześcijańskich matek oraz grupy zdrowia. Pod nieobecność s. Gladis, Paragwajki, przez 5 miesięcy kierowałam malutkim Centrum dla Dzieci Niedożywionych, koncentrując się na nauce dla matek o kuchni i na wykładach o rozwoju dziecka i rodzinie. Matka po 1-2 miesiącach z podkarmionym maluchem wraca do domu i sama, własnymi siłami, umie przygotować jedzenie dla dziecka i polepszyć ogólną sytuację zdrowotną domu, wie też dużo więcej o chorobach i pierwszej pomocy. Dwie grupy – Matek i Zdrowia przejęłam po s. Ancilli, która rozpoczęła tu pracę w 2005 rok.

Przedtem grupy te były prowadzone przez SVD, tzn. mamy 2 parafie z ok. 70 wspólnot i każda wspólnota powinna mieć swoich reprezentantów, wspólnoty są podzielone na okręgi dla ułatwienia naszej i ich pracy. Teren jest bardzo rozległy i nie wszyscy mają rowery, toteż czasami idą po 50 km, by dotrzeć do punktu gdzie odbywa się formacja, godne podziwu zaangażowanie świeckich, daje mi tak wiele do myślenia, jeśli chodzi o nasze, wiele razy naznaczone narzekaniem, zaangażowanie; że daleko, że brak samochodu, że słońce, że brak „odpowiednich” warunków... Ludzie są bardzo spragnieni wiedzy, wszystko tu to czarna magia. To co dla mnie oczywiste, ale nie dla nich, aby niczego nie pomijać, bo ludzie nie mają zawsze odwagi, by zapytać. Jest tu wiele „tabu”, które dla nich są jak chleb powszedni, a dla mnie stanowi ogromne wezwanie, by z pomocą wiary i nauki oczyścić to wszystko i uczynić im życie lżejsze i piękniejsze, wolne od strachu. Droga daleka, bo gdy wracają do swoich buszowych wiosek, to „kto wejdzie między wrony, musi krakać, jak i one”, więc... samemu ciężko być skowronkiem! To męcząca praca, ale daje radość bycia z bardzo prostymi ludźmi, odczucia swoich granic i małości,a w końcu zdania się na Boga, bo to nie ja jestem Panem żniwa, a wiele razy by się chciało nim być. Ciężko nie wiedzieć plonu...

Nasz dom jest stary, ma ok. 50 lat. Jak na warunki afrykańskie jest już „pradziadkiem”! Wybudował go kapłan z Indii, potem mieszkały w nim Siostry od Ofiarowania NMP, a od 2 lat my. Nasze siostry już coś podreperowały, ważne, że mamy szczelny dach nad głową, wodę i drzwi, bo okna tak słabe, że lekkie popchnięcie może spowodować dziurę. Dla mnie dom jest ogólnie przyjemny, przypomina dworek z czasów pańszczyźnianych (!). Plagą są tylko wszędobylskie karaluchy, które osiągają ok. 5-6 cm! Nocą wychodzą ze starych rur i przemierzają zakątki domy. Najgorsze, że tańczą po mnie w nocy, czasem uszczypną...Walczę z nimi trucizną w sprayu, co daje efekty. Dodatkowo pozatykałam wszelkie widoczne dziurska, ale i tak zawsze znajdą jakieś wyjście. Zawsze robię to po nieszporach i ten obchód w poszukiwaniu stworzeń stał się juz moim nałogiem!

W drugiej parafii, które również należy do nas, też jest stary, opuszczony dom parafialny, odrestaurowany przez SVD. Ma wysokie pierwsze piętro, podłogi i stropy drewniane, z okna widok na odległy o kilka kilometrów ocean. Po pobliskim ogrodzie spacerują ciekawskie wszystkiego małpy, a w nocy puchacze i sowy nie pozwalają spać , przeraźliwie krzycząc. Ponieważ nie ma tu światła (świeca lub naftówka), roziskrzone niebo nocami przybliża Boga, można siąść na werandzie i godzinami medytować, bo o godz. 18 mamy już ciemność.

Mieszka tu stróż z żoną, młode małżeństwo, od kilku lat tracą dzieci przez poronienia. W tym roku Magdalena donosiła dziecko-pomogła w tym s. Ancilla-ale... dzieciątko urodziło sie z guzem jamy ustnej. Radość trwała tylko 1 noc, na drugi dzień guz niesamowicie urósł i na trzeci dzień dziecko zmarło. Tragedia i ból, który tylko oni mogą opisać. Po miesiącu siadłam z nimi i zaproponowałam im test na HIV, dałam czas na przemyślenie. Jedyny środek do rozwiązania problemu to wiedza o swoim stanie zdrowia i podejmowanie wg niego decyzji. HIV/ AIDS to potwór, który pożera wiele niewinnych istnień ludzkich, wyciska wiele łez, rodzi bunt, wściekłość, bezsilność, śmiejąc się prosto w twarz. A my? Trudno opisać uczucia-są bardzo mieszane. Wobec bólu rodzi się współczucie i bezsilność, wobec chęci zmiany zachowanie seksualnego rodzi się bunt i pewne zniechęcenie. To towarzysze każdego dnia.

Czas Wielkiego Postu i Wielkanocy przeżyłyśmy spokojnie, tylko Wielki Czwartek był dniem ulewy-przechodził tajfun-tak mocnej, że przyszło tylko 15 osób na obrzędy. W ciągu nabożeństwa doszło następnych 15, więc było nas tylko 30 osób, ale dla tych obecnych była to naprawdę ofiara. Przemoczeni do suchej nitki trwali na modlitwie 4 godziny. Ofiara została przyjęta.

To by było na tyle. Przeżyłam już 2 malarie, ale jest już dobrze. Humor i apetyt dopisują! Kochani! Niech Duch Święty udzieli każdemu z Was, czego najbardziej potrzebujecie, a szczególnie miłości w pokoju. Pozdrawiam wszystkich Współpracowników i Dobrodziejów Misji. Dziękuję serdecznie za każdy list i pamięć.

W miłości Ducha Świętego

s. Rozalia Paliczka SSpS, Mozambik   

Drukuj

Angola

Angola, czerwiec 2007    

Niech żyje Święty, Trójjedyny Bóg w sercach naszych i w sercach wszystkich ludzi!

Drodzy Rodacy, Dobrodzieje Misji,

wśród ciszy nadoceanicznej miejscowości Nzeto-dzisiejsze Batuki-oznajmia, że wkrótce będę przeżywać na tej odległej ziemi 25-te casinbo (czas suszy). Jednocześnie pragnę w ten szum bijących fal Atlantyku naszych przybrzeży zaprosić moich Rodaków, Przyjaciół i Dobrodziejów do wspólnego „Te Deum” za obecność naszego Zgromadzenia Służebnic Ducha Świętego wśród tego narodu, ludzi i braci Kościoła angolańskiego. Czas kalendarzowy niby długi, lecz dzisiaj powiem, że krótki i często wspierany autora psalmu 4 ... Nadzieja była naszym wsparciem, a siła wiara.

Będąc młodą misjonarką, pełną werwy i mocy Ducha Świętego, ćwierć wieku temu zostałam jedną z mieszkanek tego czarnego, tajemniczego jeszcze dla mnie lądu i ziemi angolańskiej, nie zdając sobie sprawy, co mnie czeka w przyszłości, bo ten czas czyli przyszłość do dziś prawie nie istnieje... Liczy się chwila obecna i ją właśnie mamy dobrze wykorzystać na chwałę Bożą w naszym bracie. Dzień po dniu był odkrywaniem tajemnicy życia nowej rzeczywistości i dodam, że nadal odkrywam angolańską ową kulturę i styl życia... I nie wiem, czy uda mi się kiedyś zrozumieć niektóre praktyki naszych ludzi, a nawet naszych chrześcijan.

Może te wspomnienia minionego okresu przedstawię obrazowo, malowniczo. W widocznych śladach na lśniącym, jasnym piasku, w złocistych odblaskach zachodzącego słońca, które jest dla nas symbolem przychodzącego do każdego z nas Chrystusa Zmartwychwstałego.

Moi Drodzy, ostatnia stopa była mniej błyszcząca, jeszcze z cieniem niedawnego przeżycia, kiedy w ciągu zeszłego tygodnia pożegnałam młode matki, chore na AIDS, odchodzące z tego świata. Śmierć nie jest mi obca od czasu, gdy w Angoli przez 20 lat praktycznie żyłam wojną domową. Ale śmierć, na skutek której zostają małe dzieci bez większych szans na lepsze życie, bardzo ściska za serce. Aby zapobiec temu codziennemu bólowi, by uświadomić i pouczyć młode pokolenie, jeszcze wiele zostaje nam do zrobienia. Razem z naszymi misjonarzami SVD pracujemy więc w apostolacie wśród chorych oraz rodzin.

Jak wspomniałam, miniony czas był wielkim błogosławieństwem, gdy mimo różnych niebezpieczeństw w czasie wojny, wśród trudności politycznych mogłyśmy być obecne wśród najbiedniejszych, chorych i tych wszystkich, którzy czuli głód chleba fizycznego i duchowego. Wciągu minionych lat mogłam oddawać swe siły również w katechezie najmłodszych, którzy z otwartymi buziami słuchali moich opowieści o Bogu Stworzycielu. Również w czasie spotkań z tymi, którzy już długie lata chwalili Pana, a dziś mogą być wspierani w swych potrzebach obecnością misjonarzy. Z radością ratowałam życie, szczególnie najmniejszych mieszkańców, pracując długie lata w pediatrii. Obecnie wielu dorosłych wspomina o cudzie, dzięki któremu ich dziecko czy wnuk żyje. Wielkim świadectwem życia była chwila, gdy razem z innymi pielęgniarzami zebraliśmy się wokół konającego, zanosząc wspólnie modlitwy. To były cudowne chwile, kiedy obok wpajanego komunizmu wzrastała wiara ludzi, którzy czuli, że jedynie Pan Bóg jest życiem...

Kolejne z widocznych „śladów stóp” to lata posługi i wspólnego życia razem z braćmi trędowatymi. S. Danuta Buńko, s. Dolores Zok (obecnie w RPA) i ja mogłyśmy często dostrzegać Chrystusa Ukrzyżowanego w ich ciałach. Doznałyśmy wiele dobroci od innych ludzi, współpracując dla dobra tej cząstki „uprzywilejowanej” cierpieniem, gdzie jednak nie gasło słońce nadziei!

Dzisiaj z okazji mojego małego Jubileuszu na ziemi angolańskiej, dzieląc się drobnym urywkiem wspomnień, pragnę z całego serca podziękować Bogu za Jego Opatrzność nade mną w tym minionym okresie, bo rzeczywiście to cud, że nigdy nic złego mi się nie stało, choć kilka razy znajdowałam się w niebezpieczeństwie-czy to podczas ataków wojennych, czy w czasie malarii, która nas tu nie oszczędza...

Pisząc o wielkości Bożego Miłosierdzia, nie mogę nie podziękować Wam, moim Kochani Przyjaciele, za wszelki wyraz łączności z nami, za wszelkie wsparcie materialne i pomoc duchową, które niech nigdy nie ustaną dla dobra naszego brata i i siostry o innym kolorze skóry oraz odmiennej kulturze ! Niech zniknie granica między rasami i kulturami, aby Królestwo Pana było zwycięstwem.

Niech Bóg błogosławi, wynagradza za każdą łączność. Czujmy się potrzebni sobie nawzajem. Dowodem wdzięczności jest moja modlitwa i ofiara w intencji błogosławieństwa dla całej Ojczyzny.

s. Sylwestra Pietrucka SSpS, Angola   

Kontakt

Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego
Congregatio Missionalis Servarum Spiritus Sancti (CM SSpS)
ul. Starowiejska 152,
47-400 Racibórz
tel. (0-32) 415-50-51, 415-98-09 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Powołaniowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Misyjny Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego
ul. Starowiejska 152;
47 - 400 Racibórz
tel.32/415 95 84;
e-mail referat Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.: www.siostrymisyjne.pl
Konto Misyjne:
BGŻ 15 2030 0045 1110 0000 0061 7240 z dopiskiem "na cele Misyjne"

Intencje

wyslij