Drukuj

Rozmowy

Życie jest najważniejsze
Z s. Barbarą Miensopust SSpS, misjonarką na Jamajce, rozmawia Lidia Popielewicz


– Czy pomysł na misje to marzenie Siostry z lat szkolnych, czy myśl, która kiedyś Siostrę zaskoczyła?
– Myślę, że powołanie misyjne wzrastało we mnie od dzieciństwa. W mojej rodzinnej parafii pracowała siostra ze zgromadzenia misyjnego i to ona opowiadała nam często o pracy w krajach misyjnych, jak również zapraszała misjonarzy i misjonarki na spotkania z nami. To wzbudziło we mnie pragnienie życia na misjach. Zaraz po maturze wstąpiłam do misyjnego zgromadzenia Sióstr Służebnic Ducha Świętego.

– W jaki sposób znalazła się Siostra na Jamajce?
– Nigdy wcześniej nie myślałam o Jamajce. Przy ślubach wieczystych otrzymujemy tzw. przeznaczenia misyjne. Wcześniej piszemy prośbę o dopuszczenie do ślubów i podajemy kraje, do których chciałybyśmy pojechać na misje. Ja wymieniłam Zambię, Botswanę i Papuę Nową Gwineę. Tymczasem otrzymałam przeznaczenie do prowincji Stanów Zjednoczonych. Znalazłam się na drugiej półkuli. Nie było to łatwe do przyjęcia. Zmagałam się z tym dosyć długo. Jednak dziś wiem, że dzięki swojej zgodzie na wolę Pana Boga znalazłam się na Jamajce.
– Jak do tego doszło?
– Kiedy w Stanach uczyłam się języka, dowiedziałam się, że na Jamajce będzie otwierana nasza pierwsza placówka. Wtedy, w rozmowie z siostrą przełożoną powiedziałam: Jeżeli nie ma nikogo do pracy na Jamajce, to ja bardzo chętnie tam pojadę.
– Więc ostatecznie marzenie się spełniło...
– Tak, nie jest to Afryka, ale Jamajczycy mają swoje korzenie w Afryce, więc ich kultura i obyczaje mają wiele wspólnego z tym kontynentem.
jamajka 1– Proszę powiedzieć kilka słów o Jamajce, która kojarzy nam się jako wyspa bardzo egzotyczna, z muzyką reggae, dredami i intensywnymi kolorami. Co uderzyło Siostrę zaraz na początku pobytu w tym kraju?
– Tak, Jamajka to bardzo egzotyczny kraj z pięknymi plażami, cieszący się popularnością wśród turystów. Jednak my zostałyśmy posłane do jednego z najbardziej biednych jego regionów, do parafii Saint Thomas. Co mnie uderzyło najbardziej w pierwszych dniach, to ubóstwo, które od razu rzuca się w oczy, kiedy patrzy się na domy, w których mieszkają ludzie czy na stroje, które noszą, ale też uderza wielka życzliwość ludzi.
– Z czego w takim razie żyją mieszkańcy tego regionu?
– Żyją z tego, co im się uda zarobić ciężką pracą przy uprawach czy z tego, co po prostu dostaną od innych. Pomoc otrzymują z fundacji Food for the Poor ze Stanów Zjednoczonych. Raz na dwa-trzy miesiące do naszej stacji misyjnej przychodzi transport żywności. Jestem odpowiedzialna za podział i dostarczenie worków z jedzeniem do najbardziej  potrzebujących.
– W takim razie realizuje Siostra to, do czego wzywa papież Franciszek, zatroskany o najbiedniejszych: poszła Siostra na krańce świata, znalazła się na peryferiach, żyje wśród ubogich. Odnajduje się Siostra w tej posłudze?
– Tak, jest to wielkie wyzwanie dla mnie, a zarazem dość trudne zadanie. Dlaczego? Ponieważ często czuje się bezradność wobec tej wszechobecnej biedy. Jednak na tyle, na ile potrafimy, z pomocą Bożą staramy się pomagać, dostarczając podstawowej rzeczy, jaką jest żywność.
– Czy to znaczy, że w tym regionie Jamajki nie ma pracy?
– Panuje tu duże bezrobocie. Ludzie uprawiają warzywa, na tyle ile mogą, ale aby to robić, muszą mieć ziemię i narzędzia oraz dostęp do wody, aby nawodnić ziemię. Nie mają tego, bo nie mają pieniędzy – takie błędne koło.
– A jak jest z katechizacją dzieci i młodzieży?
– Kościół katolicki na Jamajce stanowi niewielki procent mieszkańców, 2-3 proc. Jednak na naszym terenie, zapomnianym przez rządzących w kraju, ale i przez Kościół, katolicy to jedynie 0,1%. Tak więc staramy się wychodzić do ludzi, zakładając grupy modlitewne, kręgi biblijne. Mamy w naszej parafii sześć grup dla dorosłych i pięć grup dla dzieci. Większość z uczestników tych spotkań nie należy do Kościoła katolickiego, są to protestanci lub osoby nieochrzczone, ale zainteresowane wiarą. Potrzebują czasu do podjęcia decyzji, czy chcą przynależeć do Kościoła katolickiego. Z naszej strony jest otwartość na drugiego człowieka i poszanowanie jego wolnej woli.
– W jakiej wspólnocie Siostra pracuje?
– Jesteśmy trzy: s. Rozalia z Indonezji, s. Teresa z Ghany i ja. Pracujemy w parafii prowadzonej przez dwóch werbistów, o. Franka z Irlandii i o. Dominika z Wietnamu. To oni zaprosili nas do współpracy.
jamajka 3– Skoro Kościół katolicki jest małą trzódką na Jamajce, to jaki on jest? Z czym się zmaga?
– Dominują Kościoły protestanckie, które przyciągają do siebie muzyką i tańcem, ponieważ Jamajczycy mają muzykę w sobie. Te Kościoły mają już rodzimych pastorów, co też nie jest bez znaczenia. My, w Kościele katolickim stawiamy na świadectwo życia, na to, aby przez  przykład życia być znakiem Chrystusa dla wielu. Kościół katolicki w tamtym regionie jest kojarzony z pomaganiem ubogim. Ludzie wiedzą, że jeśli czegoś potrzebują, mogą do nas przyjść.
– A więc Kościół nie stawia na statystyki i liczby, lecz na autentyczną pomoc drugiemu człowiekowi. Czy oprócz pomocy najuboższym angażuje się Siostra w inną pracę?
– Ważną sprawą jest praca z dziećmi. Spotykam się z czterema grupami. Odbywa się to bardzo prosto. Idę do dzielnicy, gdzie one mieszkają. Dzieci zwołują jeden drugiego. Siadamy na trawie albo w jakimś dogodnym miejscu, bo nie mamy stałego. Modlimy się wspólnie, a następnie dzieci słuchają krótkiej katechezy. Potem otrzymują kartki i kredki do rysowania obrazka związanego tematycznie z katechezą. Dzieci to bardzo lubią. Jest ich w tych grupach ok. 100, w tym tylko dwoje należy do Kościoła katolickiego. Jednak w sercach wszystkich tych dzieci jest pragnienie poznawania Pana Jezusa. Wierzę, że ta praca ma sens, że te spotkania wprowadzają pokój w ich serca. A jest to bardzo ważne, ponieważ w dzielnicach, gdzie mieszkają te dzieci, jest dużo agresji i przemocy w domach, w szkole, na ulicy. My chcemy im pokazać, że można żyć inaczej. Wierzę, że to kiedyś zaowocuje.
– Z całego serca tego życzę. A przeżyła Siostra coś, co szczególnie zapadło Siostrze w sercu?
– Tak, było takie zdarzenie. Zaraz po moim przyjeździe na Jamajkę, na wyspę dotarł huragan, który dokonał wielu zniszczeń na naszym terenie. Kiedy można już było poruszać się, pojechałam do sąsiedniej miejscowości i spotkałam znajomą kobietę. Zaczęłyśmy rozmawiać i zapytałam ją, jak sobie poradziła w tym niebezpiecznym czasie. Odpowiedziała tylko, że dziękuje za to, że żyje. Myślałam więc, że u niej w domu wszystko udało się ocalić. Tymczasem jej dom został w 50 proc. zniszczony. Pomyślałam: Boże, ona nic na ten temat nie powiedziała. Nie narzekała, że nie ma dokąd pójść, że nie ma wody, że nie ma co jeść. Natomiast wciąż podkreślała, że dziękuje Bogu, że żyje. Bóg darował życie i to było najważniejsze. Dom? – być może kiedyś da się odbudować, to tylko dobro materialne, ważne, ale jednak życie jest najważniejsze.
– Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Misje - ciągłe dawanie i branie. Z S. Ewą Piegdoń SSpS, misjonarką w Zambii, rozmawia Lidia Popielewicz

– Przychodzi Siostra do redakcji prosto z samolotu. Musiała Siostra przebyć długą podróż z Zambii do Polski. W jaki sposób pokonała Siostra tę drogę?
– Podróż rozpoczęłam wczoraj. O godz. 13.15 wyjechałam z Livingstone w Zambii do Johannesburga w RPA, skąd samolotem udałam się do Monachium w Niemczech. W Monachium była przerwa i potem znowu samolot do Warszawy.

– Jest godz. 13.00. Zmęczenie zapewne daje o sobie znać. Proszę powiedzieć o pierwszych wrażeniach z przejazdu z Lotniska Chopina do redakcji „Misjonarza”.
– Cieszą twarze, które się widzi i obrazy ulic czy zielonych miejsc w Warszawie. A pierwsze, co odczuwa się zaraz po wyjściu z samolotu, to inny klimat. Jest koniec czerwca i jest chłodno – kontrast pogodowy w porównaniu z Zambią. Poza tym jestem wdzięczna, że czekała na mnie s. Łucja-Joanna. I żyję nadzieją zobaczenia rodziny i przyjaciół. Jeszcze dziś będę uczestniczyła w spotkaniu misjonarzy z różnych zgromadzeń, pracujących w różnych krajach świata. Spotkanie takie jest co roku organizowanie w Centrum Formacji Misyjnej na ul. Byszewskiej w Warszawie. Odbywają się tam wykłady, są rozmowy, jest wymiana doświadczeń – to zawsze ciekawe i budujące.

– A jaka pora roku jest teraz w Zambii?
– Jest chłodno, tzn. są zimne noce – od 0 do 10 st. C, a w dzień ok. 25 st., nie ma więc upałów. Z tym że mówię o regionie, w którym mieszkam, bo już na północy Zambii może być nieco inaczej.

– W kwietniowym numerze „Misjonarza” ukazał się artykuł Siostry, w którym Siostra wspomina m.in. o pracy na rzecz Domu Dziecka – „Lubasi Home”. Proszę opowiedzieć o Siostry zaangażowaniu w funkcjonowanie tego domu.
– Jestem w zarządzie sierocińca „Lubasi Home”. Mieszkają w nim dzieci w wieku 5-15 lat i pozostają do czasu aż ktoś z rodziny zgodzi się na opiekę nad dzieckiem lub gdy ono usamodzielni się. Przejściowo przebywają w nim też dzieci uciekinierów z Konga, których rodzice trafili do więzienia z powodu nielegalnego przekroczenia granicy, chcąc przedostać się do RPA. Dom ten działa w ramach  programu „Community Project” i utrzymuje się tylko i wyłącznie z darów ludzi dobrej woli. Władze państwowe nie dają nawet przysłowiowego „grosza”, natomiast przysyłają dzieci. Staramy się zapewnić dzieciom normalne życie w tym domu, opiekę medyczną oraz edukację.

– A dom „Loshomo”, o którym także we wspomnianym artykule?
– W „Loshomo” mieszka 15 dziewczynek, które były wykorzystywane seksualnie. Problem wykorzystywania seksualnego jest wielkim problemem w Zambii, ponieważ jest skrywany przez sąsiadów czy nawet najbliższą rodzinę poszkodowanej. Panuje zmowa milczenia. Przyczyny takiego stanu rzeczy są bardzo złożone, związane z czarami, prymitywnymi wierzeniami czy strachem przed utratą żywiciela rodziny. Temat tabu, który dopiero niedawno zaczął być wydobywany na światło dzienne. Mogłabym podać tu kilka przykładów, ale nie chcę przekazywać informacji dotyczących mrocznej strony życia w rodzinie zambijskiej. Zło próbuje wkraść się wszędzie, różnymi sposobami – jest obecne pod rozmaitymi postaciami na wszystkich kontynentach.

– Czym się Siostra jeszcze zajmuje na misji w Zambii?
– Koordynuję Apostolat Biblijny w diecezji Livingstone i w związku z tym moim zadaniem jest organizowanie warsztatów, seminariów i wszelkiego rodzaju spotkań przybliżających Słowo Boże. Poza tym staram się o egzemplarze Pisma Świętego i o jego dystrybucję – czasami chodzi o sprzedaż, a czasami o podarowanie Biblii osobom, których nie stać na zakup, ponieważ jeden egzemplarz to kwota ok. 10 USD.

– Czy istnieje zainteresowanie spotkaniami na temat Biblii i Słowa Bożego?
– Jest wielki głód Słowa. Podam taki przykład. Na jednym z seminariów pojawiła się kobieta z dzieckiem na plecach, która przez cztery dni szła, zatrzymując się w wioskach i znosząc trudy wędrówki z dzieckiem. Kiedy widziałam ją modlącą się i uczestniczącą w spotkaniu oraz kiedy zobaczyłam łzy w oczach po otrzymaniu Biblii, przyjęłam to jako znak, że organizowanie tego typu spotkań ma sens. Inny przykład: Kobieta w wieku ok. 55 lat, mająca kłopoty z sercem, ze spuchniętymi nogami, ale pragnąca uczestniczyć w seminarium biblijnym. Wszyscy jej odradzali, że nie dojdzie, że nie da rady. Lecz ona powiedziała: Moje ciało jest słabe, ale serce jest tam, na tym spotkaniu. I doszła. Kiedy patrzę na świadectwo takich osób jak te dzielne kobiety, moja wiara umacnia się.

– Jacy są Zambijczycy – ludzie, wśród których przyszło Siostrze żyć?
– Życzliwi, serdeczni i otwarci, a także zainteresowani drugim człowiekiem. W związku z tym jeżeli spotykają nieznajomego człowieka, zaczepiają go, dopytują się, chcą rozmawiać. Na lotnisku w Livingstone ludzie siedzieli czy stali gromadkami i rozmawiali ze sobą, natomiast w Monachium każdy był sam  – z gazetą, komputerem lub telefonem komórkowym, każdy zajęty sobą i własnymi sprawami.

– A Kościół w Zambii?
– Jest żywy, rozśpiewany, roztańczony, pełen radości, a ludzie są autentycznie spragnieni Słowa Bożego, które chcą odnosić do swojej codzienności. Przy każdej parafii istnieje chór albo i kilka chórów, kobiety bardzo angażują się w życie parafii. Nabożeństwa w kościele trwają zazwyczaj dwie godziny lub nawet dłużej w czasie większych uroczystości i nikt się nie denerwuje z tego powodu, gdyż jest to normalne.

– Wśród jakich ludzi Siostra żyje? Jaka jest ich codzienność, jakie radości i smutki?
– Są w Zambii ludzie, których stać na życie na wyższym poziomie, jednak większość mieszkańców żyje na granicy ubóstwa. Jedna z tragedii tego kraju to AIDS – choroba, która zbiera śmiertelne żniwo, pozostawia sieroty, którymi nie ma kto się zająć, ponieważ krewni mają swoje dzieci i problem z ich wyżywieniem czy wykształceniem. Brak też jest miejsc pracy, a jeśli już jest, to wynagrodzenie jest niższe niż w Europie, a z kolei życie droższe. Wyzwaniem dla Kościoła katolickiego jest czarownictwo, bo wiara w czary w Zambii jest bardzo silna. Inne wyzwanie to obecność wielu sekt i Kościołów protestanckich, które wabią ludzi na różne sposoby.

– Zambia to też słynne Wodospady Wiktorii. Miała Siostra okazję tam być? Czy są inne miejsca w Zambii, które mogłyby zauroczyć Europejczyka?
– Tak, Wodospady Wiktorii robią ogromne wrażenie, należą do Siedmiu Cudów Świata. Najlepiej jest je zobaczyć po okresie deszczowym, a więc w maju lub w czerwcu. Ogrom wody spadający z dużej wysokości naprawdę zadziwia. Poza wodospadami warto też znaleźć się w dorzeczu rzeki Zambezi – wielkiej rzeki, która nigdy nie wysycha. Trzeba jednak pamiętać, że jest ona bardzo niebezpieczna ze względu na żyjące w niej krokodyle i hipopotamy. Co roku giną mieszkańcy wiosek, którzy przychodzą nad rzekę po wodę lub wykąpać się. Sama afrykańska fauna i flora w Zambii jest bardzo ciekawa. Niekiedy na przedmieściach Livingstone można zobaczyć słonie lub żyrafy i nikt się temu nie dziwi. Zambijskie parki narodowe organizują safari dla turystów. Tak więc dla ludzi majętnych Zambia może być ciekawym krajem wycieczkowym.

– Czy bycie misjonarką w Zambii jest trudne? Skąd Siostra czerpie siły do pracy?
– Życie na misjach to ciągłe dawanie i branie. Nie jest tak, że tylko ja daję – owszem, dzielę się tym, co mam, jednak obok tego istnieje bogactwo, z którego ja też czerpię. Bardzo dużo uczę się od ludzi. Jest wiele sytuacji, kiedy sama więcej otrzymuję niż daję.

– Czy jest coś, o czym Siostra mogłaby powiedzieć, że tego nauczyła się będąc na misjach?
– Z pewnością większej tolerancji i zrozumienia dla drugiego człowieka oraz tego, że każda kultura i każdy człowiek ma coś wartościowego do zaoferowania.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

Fenomen Korei Południowej


Z s. Eleonorą Cichoń SSpS, misjonarką w Korei Południowej, rozmawia Małgorzata Madej  
Chciałam zadać Siostrze ważne pytanie, które mnie nurtuje w kontekście Korei, ale zanim do niego przejdę, zapytam, ile lat Siostra pracuje w Korei?
– Od 15 lat. Kiedy tam pojechałam, najpierw musiałam nauczyć się języka. To nie było łatwe, więc rok i dwa miesiące intensywnie poznawałam język. Potem zaczęłam pracę w apostolacie z dziećmi z rozbitych rodzin. Dzięki temu bardziej poznałam kulturę koreańską, jak również udało mi się doszlifować język. Często obrywało mi się od dzieci, ponieważ w języku koreańskim inaczej mówi się do ludzi starszych, inaczej do rówieśników, a jeszcze inaczej do dzieci, a ja czasami zwracałam się do nich jak do dorosłych czy nawet jak do ludzi w podeszłym wieku. Z dziećmi pracowałam przez trzy lata. W 2002 r. kapituła generalna naszego zgromadzenia postanowiła, że jednym z priorytetów naszej misji będzie praca z chorymi na AIDS. Zaczęłyśmy się zastanawiać w Korei, co możemy zrobić dla tych chorych. Tak się złożyło, że w Seulu istniało już centrum dla mężczyzn chorych na AIDS. Szukano kogoś, kto by się tym centrum zajął, na co my się zgodziłyśmy. Przyznam, że nie byłyśmy do tego zupełnie przygotowane. Podjęłyśmy tę pracę z misyjną gorliwością i ona oraz wdzięczność chorych dodawały nam sił, bo na początku borykałyśmy się z wieloma problemami. Przez ostatnie sześć lat pracowałam w formacji i jako przełożona regionalna. 


Zatem jako misjonarka z 15-letnim stażem, czy może Siostra wytłumaczyć fenomen koreańskiego chrześcijaństwa? Jest to jedyny kraj w Azji (poza Filipinami), gdzie chrześcijańskie misje przynoszą owoce. Dlaczego tak się dzieje?
– Faktycznie, Koreańczycy są bardzo otwarci na chrześcijaństwo. Swoją misję prowadzą tam bardzo liczne Kościoły, nie tylko katolicy, ale także protestanci. Jeszcze do niedawna do Kościołów protestanckich przychodziło dużo osób, dziś już te tendencje się powoli odwracają, choć jeszcze są silne; także Kościół katolicki zaczyna przyciągać coraz więcej ludzi. Myślę, że spowodowane jest to specyficzną cechą koreańskiego buddyzmu. W Korei, choć to kraj buddyjski, obecnie chrześcijanie stanowią większość. Świątynie buddyjskie nie przyciągają zbytnio do siebie. W ostatnich latach buddyzm w Korei przeżywał wewnętrzne trudności. Poza tym praktyka modlitw medytacyjnych, która jest jedną z cech charakterystycznych buddyzmu, rozwija się też w Kościele katolickim. Można również powiedzieć, że buddyjskie zrzeszenia są bardziej skoncentrowane na specjalnych modłach (np. 1000 wielkich ukłonów na dzień w jakiejś intencji) niż na ciągłej formacji religijnej. Inaczej jest np. w protestanckich wspólnotach, gdzie tworzą się małe grupy z silnymi więzami między ludźmi – to przyciąga. Również Kościół katolicki stara się budować wiarę w małych wspólnotach i wydaje mi się, że Koreańczycy to lubią i do tego ich ciągnie. Myślę, że potrzebują niewidzialnego (Pan Bóg) i widzialnego (ludzie) wsparcia z powodu napiętej sytuacji z Koreą Północną i błyskawicznego rozwoju kraju. 


W innych buddyjskich krajach Azji chrześcijaństwo jednak nie odnosi takich sukcesów. W Korei jest ponad 30% chrześcijan, to nieporównywalnie więcej niż w sąsiednich państwach.
– Bardzo ważną sprawą jest to, że chrześcijaństwo zostało przyniesione na Półwysep Koreański przez świeckich. Oni się tym szczycą i bardzo angażują w misjonowanie w swoich środowiskach, by Kościół rósł. Jeszcze jednym powodem może być kult męczenników koreańskich w Kościele katolickim, który coraz bardziej szerzy się i rozwija. Po wizycie Jana Pawła II w Seulu w 1984 r. i zaliczeniu w poczet świętych 103 męczenników koreańskich, do Kościoła garnie się coraz więcej osób.
Chciałabym dodać jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Otóż, w ostatnich latach coraz więcej instytucji socjalnych przechodzi pod opiekę Caritasu czy wspólnot protestanckich. Myślę, że ten aspekt powoduje, że ludzie bardziej się interesują i przekonują do wartości chrześcijańskich, takich jak wzajemna miłość, sprawiedliwość, równość, troska o najbiedniejszych i najbardziej pogardzanych.


Inne statystyki wskazują, że – po USA – Korea wysyła najwięcej misjonarzy.
– To prawda, w większości są to misjonarze protestanccy. Kościół katolicki nie wysyła jeszcze aż tak wielu. Wiem, że misjonarze protestanccy czynią dużo dobra, ale niestety często słyszy się też o pewnych problemach. Otóż protestanci często wysyłają grupy misjonarzy na tereny niedozwolone dla cudzoziemców czy bardzo nieprzyjazne dla chrześcijan. Pojechali np. do Afganistanu, gdzie nieraz wpadli w ręce talibów. Nie chcę powiedzieć, że misjonarze nie powinni jeździć w takie miejsca, bo po to jesteśmy, żeby nawet z narażeniem życia zanieść Chrystusa na krańce świata, ale myślę, że musi to być robione mądrze. Poprzez nierozsądne działania można na długo zamknąć drogę ewangelizacji.
Częstym celem misji protestantów są też np. Filipiny. Wysyła się ich tam po to, aby przyciągnąć jak najwięcej ludzi do swojego Kościoła, a nie do wiary chrześcijańskiej. W mniejszych i biedniejszych wioskach rozdają wówczas słodycze i inne rzeczy, i w ten sposób przekupują, żeby przyciągnąć do swoich wspólnot. Takie praktyki znane są też w Korei. Spotkania i modlitwy organizowane są m.in. w koszarach czy instytucjach socjalnych, gdzie obdarowują ludzi prezentami. Potem słyszę, że ktoś przeszedł do Kościoła protestanckiego, bo tam „więcej dają”. W naszej instytucji dla kobiet bezdomnych (200 rezydentek) też musiałyśmy interweniować na spotkaniach protestanckich właśnie z tego powodu.


Czyli wszelkie statystyki o Korei możemy wyrzucić?
– Nie tyle wyrzucić, bo tak jak powiedziałam, one są prawdziwe jako liczby. Jednak warto by popatrzeć na ten problem głębiej, tzn. poprzez wzrost wiary chrześcijańskiej jako wartości dla współczesnego człowieka, szczególnie w kraju tak bardzo szybko rozwijającym się, jakim jest Korea Południowa.
W statystykach nie widać także innego faktu, że społeczeństwo koreańskie starzeje się i wiele osób wpisuje się do Kościoła katolickiego, przyjmując chrzest na łożu śmierci. Ponieważ, jak słyszałam, bardzo podoba im się oprawa czuwania przy zmarłym i pogrzeb w katolickim stylu, podczas którego dużo osób przychodzi i modli się za zmarłego. To jest dobre, ale można by jeszcze dyskutować na ten temat. Powiem tylko, że te liczby można by czasami kwestionować, ale nie można ich wyrzucić. Poza tym dla świadków tych ceremonii to wszystko może stać się przyczynkiem do decyzji o przyjęciu chrztu.


Wspomniała Siostra, że protestanci rozdają Koreańczykom różne podarki. Czy Kościół katolicki też coś rozdaje?
– Dajemy, ale staramy się dawać coś innego. Przede wszystkim staramy się nie dzielić ludzi, pomagamy wszystkim, niezależnie od ich wyznania i od tego, czy przejdą do naszego Kościoła, czy nie. Kiedy pracowałam z chorymi na AIDS, mieszkając z nimi pod jednym dachem, wiele razy spotkałam się z sytuacją, kiedy ktoś przychodził i mówił, że chce zostać ochrzczony w naszym Kościele. Gdy pytałam, co pociąga do religii katolickiej, często słyszałam: „Chcę czynić dobro tak, jak siostra; chcę kochać ludzi tak, jak siostra nas kocha, bez dyskryminacji”.
Poza tym we wspólnotach katolickich bardziej staramy się o duchowy wzrost i kultywowanie ducha wzajemnej miłości, zrozumienia, życzliwej współpracy aniżeli o koncentrowanie się na rzeczach materialnych, które przecież nie są trwałe.


Skoro przez ostatnie sześć lat była Siostra przełożoną Służebnic Ducha Świętego w Korei, to orientuje się Siostra, w jaki inny sposób Siostry włączają się w misje?
– Zacznę od tego, że nie jest nas dużo w Korei – 21 sióstr pracujących w kraju i 8 koreańskich misjonarek pracujących zagranicą. Jesteśmy z różnych narodowości, oprócz Koreanek są dwie Indonezyjki, Filipinka, Japonka, Słowaczka, Rumunka, dwie siostry z Indii, no i ja. Przez 25 lat, bo taki jubileusz pracy misyjnej w Korei obchodziłyśmy w 2012 r., kładłyśmy nacisk na formację. Zanim nasze siostry pionierki zaczęły pracę w apostolatach, postanowiły zadbać o miejscowe powołania, aby przyjąć i uformować miejscowe siostry. Dopiero więc w 2000 r., po 13 latach obecności w Korei, zaczęłyśmy pracę w apostolacie z dziećmi z rozbitych rodzin. 


Czym jeszcze zajmują się Służebnice Ducha Świętego w Korei?
– W ubiegłym roku zrezygnowałyśmy z pracy z dziećmi, ponieważ zostały one otoczone opieką przez inne Kościoły czy zgromadzenia. Podobnie ośrodek dla chorych na AIDS przejęli bracia z męskiego zakonu. My odpowiedziałyśmy na nowe wyzwanie i podjęłyśmy pracę wśród kobiet bezdomnych i chorych, cierpiących np. na Alzheimera czy choroby psychiatryczne.
W Domu Prowincjalnym przyjmujemy i dajemy rekolekcje dla małych grup do 20 osób oraz dla osób indywidualnych. Odpowiadamy w ten sposób na głód duchowy ludzi, którzy często się gubią, bo nie potrafią nadążyć za szybkim rozwojem koreańskiego świata. Jedna z sióstr służy poprzez rozmowy psychologiczne wszystkim, którzy czują taką potrzebę, zarówno jeśli chodzi o rozmowy indywidualne, jak i z małżeństwami czy małymi grupami. Mamy też siostrę, która jest zaangażowana w Caritas archidiecezji Seulu w dziedzinie ochrony i propagowania życia. Zaangażowałyśmy się również bardziej w pracę wśród ludzi samotnych i biednych na mało rozwiniętych terenach w pobliżu granicy z Koreą Północną, jak również wśród emigrantów i rodzin mieszanych.
Siostry naszej koreańskiej prowincji były i są zaangażowane w wielu apostolatach, ale myślę, że nie samo zaangażowanie jest ważne, najważniejsze jest to, że na wszystkich polach staramy się dzielić miłość, choć czasami wymaga to dużego trudu. Chrystus jednak wciąż na nowo nas napełnia. Wiemy, że na Niego zawsze możemy liczyć, siejemy z Jego pomocą.


Kiedy Siostra wraca do Korei?
– Najwcześniej za sześć lat. Zostałam przeznaczona do pracy w naszym domu macierzystym w Steylu w Holandii. W 2014 r. nasze zgromadzenie obchodzi 125 rocznicę założenia, stąd wiele uroczystości związanych z tym jubileuszem. Mamy również kapitułę generalną, więc dom macierzysty potrzebuje pomocy. 


Będzie Siostra tęsknić za Koreą?
– Na pewno tak, bo już tęsknię. Pokochałam Koreańczyków przez te 15 lat. Podoba mi się też ich kultura, a urzeka mnie zwłaszcza grzeczność i życzliwość ludzi, jak również zaangażowanie i gorliwość wolontariuszy.


Może właśnie w tej życzliwości tkwi fenomen otwartości Korei na chrześcijaństwo?
– Niewątpliwie to jeden z czynników, ale chyba tutaj do końca nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo jest wiele elementów tego fenomenu. 


Dziękuję Siostrze za rozmowę!

Z misjonarką z Togo, s. Justyną Chudzio SSpS rozmawia s. Dominika Jasińska SSpS

       Jakie były początki naszego zgromadzenia w Togo?

       O chrześcijaństwie w Togo możemy myśleć od roku 1892, kiedy to tam przybyli pierwsi werbiści. Jak wiemy, nasze zgromadzenie powstało w grudniu 1889 roku, a w marcu 1897 o. Arnold wysłał już pierwsze siostry do Togo. Były więc to pierwsze siostry zakonne, jakie pojawiły się na ziemi togijskiej... Z biegiem czasu wspólnota ta powiększał się i w roku 1918 siostry SSpS pracowały już na kilku placówkach. Ich praca polegała przede wszystkim na prowadzeniu szkół dla dziewcząt, dla kobiet- kursów szycia, prasownia, higieny itp. Togo było kiedyś kolonią niemiecką i gdy Niemcy przegrały I wojnę światową, wszyscy Niemcy, w tym też siostry, musieli opuścić Togo. Siostry wróciły do Steylu, do Holandii.
       I tu wspomnę piękną historię. W ślad za nimi pojechała młoda dziewczyna - Togijka (Mulatka, której ojcem był Niemiec, a matka Togijką), która zapragnęła zostać siostrą zakonną... Wstąpiła więc w Steylu i wkrótce wyjechała na misje do Argentyny! Potem długie lata pracowała w Ghanie, gdzie zmarła pod koniec lat 80-tych.
       Nasze siostry powróciły do Togo 1989 roku. Obecnie pracuje tutaj 11 sióstr SSpS z ośmiu różnych krajów. Mamy 3 wspólnoty, pracując w służbie zdrowia i przy parafiach: katecheza, grupy młodzieżowe itd. Niestety, nie pracujemy obecnie w szkolnictwie, choć szkoły, gdzie były nasze siostry, stoją do dziś i - co najważniejsze - funkcjonują. Prowadzą je obecnie siostry ze zgromadzenia tubylczego Notre Dame de i Eglise.

       Jak wyglada Twoja historia życia i służby w Togo?

       Przyjechałam do tego kraju 11 lat temu, w 1992 roku, będąc jeszcze juniorystką czyli siostrą w ślubach czasowych. Przez pierwsze 3 lata pracowałam w małym szpitaliku na północy kraju. Były to pierwsze lata, więc bardzo ważne i bardzo ciekawe, które wprowadzały mnie w klimat, styl, kulturę Afryki...
       Obecnie od 7 lat pracuję w Bassar, gdzie jest nas 3: Niemka, Ghanejka i ja. Jestem z zawodu pielęgniarką, dlatego przede wszystkim zajmuję się służbą zdrowia. Tu, w Bassar mamy centrum opieki nad matką i dzieckiem. Typowa praca to szczepienie dzieci - na miejscu i w okolicznych wioskach, konsultacje przedporodowe i poporodowe dla kobiet, edukacja sanitarna, kursy dla matek o odżywianiu dzieci i zabiegi u chorych, jak to w przychodni.
       Jesteśmy 2 do tej pracy. Zmieniamy się - gdy jedna jedzie do wioski (mamy ich 12), druga pozostaje w ośrodku. Oprócz pielęgniarstwa, zajmuję się trochę też pracą pastoralną: katecheza, grupy młodzieżowe, celebracja Słowa Bożego, udzielanie Komunii świętej tam, gdzie w niedzielę nie może dojechać ksiądz. Dużo też ludzi przychodzi do nas z najróżniejszymi problemami, dlatego jedna z nas jest do ich dyspozycji, słuchając, odwiedzając rodziny, zajmując się niepełnosprawnymi...

       Podziel się z nami, proszę tym, co myślisz o Afrykańczykach, jak ich odbierasz?

       Są oni ludźmi bardzo spontanicznymi. Radośni, cierpliwi, gościnni, zawsze mają czas dla drugiego człowieka. Choćby niewiadomo ile mieli pracy, zawsze znajdą czas dla tego, kto ich odwiedza lub dla przypadkowego spotkanego na drodze... Nie ma tam pośpiechu. Istnieje ogromny szacunek dla osób starszych. Z natury mieszkańcy Afryki to ludzie bardzo religijni, obojętnie, w co lub w kogo wierzą.... I nie wstydzą się swojej wiary.
       Moim smutkiem natomiast jest fakt, że mają w sobie tendencję, by chrzest i religią chrześcijańską traktować jako modę i sposób na podniesienie statutu społecznego

       Jak wygląda sprawa powołań wśród tubylczej młodzieży?

       Jak już wspomniałam, wszystkich nas jest w Togo garstka. 11 sióstr to niewiele, ale cieszymy się, że Pan Bóg powołuje młode dziewczęta, które chcą też być misjonarkami! Obecnie mamy 1 siostrę, która rok temu złożyła pierwsze śluby zakonne, a 3 przygotowują się w nowicjacie.

       Czy możesz przy okazji wspomnieć o początkach swojego pójścia za Chrystusem? Pamiętam, że jako młoda dziewczyna niecierpliwie wyglądałam w "Misjonarz", w rozmowach tego rodzaju wypowiedzi!

      Ciekawe pytanie.... Właściwie to nie wiem, nie potrafię tego określić konkretnie! Czułam, że Pan Bóg mnie woła i właściwie nie mogłam znaleźć sobie miejsca, dopóki nie przekroczyłam progów naszego domu w Raciborzu. A czemu zgromadzenie misyjne? Jako pielęgniarka bardzo chciałam pomagać najbardziej potrzebującym, a po drugie, sam Bóg pokierował tym wszystkim. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o siostrach Służebnicach Ducha Świętego, byłam pewna i zdecydowałam, że to właśnie to! Dzisiaj po 18 latach życia zakonnego i 11 latach pracy misyjnej w Togo przyznaję, że jestem bardzo szczęśliwa.

       Kochana Siostro Justyno, dziękując za tą rozmowę, życzę Ci dalszego misyjnego entuzjazmu i radości, dającej wiele sił na każdy dzień służby w afrykańskiej rzeczywistości!

 

 

Z S. Walerią Jaroszewicz SSpS, misjonarką w Argentynie, rozmawia Lidia Popielewicz

   - Proszę powiedzieć, jak to się stało, że Argentyna stała się przygodą życia Siostry?

   - Gdy się wstępuje do zgromadzenia zakonnego o charakterze misyjnym, myśli się o tym, że w przyszłości pojedzie się na misje. Tymczasem kiedy ja wstąpiłam do zakonu, a były to lata sześćdziesiąte i czas komunizmu w Polsce, nie wypuszczano za granicę ani księży, ani zakonnic. Jednak w roku 1965 udało się pierwszym werbistom pojechać do Indonezji, w grupie 22 osób. Wówczas zrodziła się nadzieja, że i nam będzie to dane. Więc kiedy przyjechała Matka Generalna do Polski i zapytała, kto chciałby pojechać na misje, natychmiast się zgłosiłam jako młoda profeska. Przed ślubami wieczystymi podałam kraj, w którym chciałabym pracować. Na pierwszym miejscu wymieniłam Indonezję, na drugim - Argentynę. O Argentynie trochę słyszałam, wiedziałam, że są tam Polacy, że brak tam kapłanów, powołań, więc wydawało mi się, że będę tam potrzebna. Po pewnym czasie przyszło zaproszenie dla 10 sióstr, wśród których znalazłam się i ja - z przeznaczeniem do Argentyny. Czułam się wybraną i zaszczyconą, ale też czułam odpowiedzialność, że przełożeni mi zaufali. Było to dla mnie wielkie wyzwanie. Kiedy w końcu uzyskałyśmy wizę, trzeba było bardzo szybko zebrać się i ruszyć w drogę. Wyjechałyśmy ubogie, ale najważniejsze było pragnienie pracy dla Chrystusa. Najpierw byłyśmy trzy tygodnie w Rzymie, a potem - na statek i każda udała się w swoim kierunku, w tym cztery siostry do Argentyny. To był luty roku 1967.

   - Jak długo trwała podróż i jaki był to czas?

   - Wypłynęłyśmy z Neapolu i byłyśmy w morzu około trzech tygodni. Do Buenos Aires dopłynęłyśmy 26 marca, w Wielkanoc. Na statku spotkałyśmy inne siostry zakonne oraz księży i chociaż niewiele mogłyśmy porozmawiać ze względu na nieznajomość języka, to łączyła nas liturgia i modlitwa po łacinie, na które zbierałyśmy się w jednej z dwóch pokładowych kaplic. Czas na statku był więc czasem rekolekcji, refleksji i przygotowywania do misji, a także ostatecznego uświadomienia sobie, że zostawiło się ojczyznę i wszystko, co drogie, a oto teraz udaję się w nieznane. Dopiero na statku, kiedy człowiek był taki maleńki, wciśnięty między bezkresne niebo i ocean, zaczęłam sobie to wszystko pełniej uświadamiać. Mówiłam jednak: Panie Jezu, Ty jesteś ten sam w Polsce i na całym świecie! Czynię to tylko dla Ciebie!

   - Co się działo po przybyciu na miejsce?

   - Zabrano nas najpierw do domu prowincjalnego w Buenos Aires. Pierwsze, co znalazłyśmy, to tego samego Pana Jezusa - w kaplicy i w serdeczności przyjmujących nas sióstr. Zaczęłyśmy się czuć jak w domu. Łączyła nas ta sama duchowość i ona też ułatwiała przyjęcie tego, co przyniosły te pierwsze dni na obczyźnie. Ja i jeszcze jedna siostra zostałyśmy skierowane do Misiones, 1100 km od stolicy, na pograniczu z Brazylią i Paragwajem. Tam poczułam się od razu dobrze, gdyż było tam wielu ludzi rozumiejących polski, a ponieważ nie znałam języka, skierowano mnie do pracy wśród nich w miejscowości Gobernador Roca. Byłam we wspólnocie, odwiedzałam polskie rodziny i zaczęłam naukę w szkole - od podstaw, aby się dobrze nauczyć języka. W ten sposób przeszłam w Argentynie całą edukację, z ukończeniem studiów matematycznych w szkole wyższej w Posadas włącznie. W tym czasie byłam też kierowcą i pracownikiem administracyjnym jednocześnie w naszej szkole Santa Maria. Pod koniec studiów, jeszcze przed otrzymaniem dyplomu, zaczęłam też pracować jako nauczycielka w tej szkole. W 1984 r. posłano mnie znowu do Gobernador Roca, ale miałam już objąć posadę dyrektora w szkole, gdzie przed dwunastu laty byłam jedną z uczennic. Dlatego odczuwałam obawę i strach. W szkole podstawowej uczyło się około 180 dzieci i tyle samo w średniej. Pracowałam tam trzy lata, a ponieważ potrzebowano kogoś na dyrektora do większej szkoły w Puerto Rico, zwrócono się do mnie. Znowu wyzwanie i znaki zapytania, czy sobie poradzę, tym bardziej że tam żyje większość niemiecka. Jednak, dzięki Bogu, znowu wszystko poszło dobrze i zostałam tam osiem lat. A teraz pracuję w szkole w Santa Maria, gdzie wcześniej też uczyłam się i pracowałam jako nauczycielka. I myślę, że jest to już ostatni etap mojej pracy wśród młodzieży w szkole. A teraz czas oddać tę pracę młodszym.

   - Ciekawa historia, w której widać prowadzenie przez Pana Boga, który jakby stawiał coraz wyższe poprzeczki przed Siostrą. Ale wrócę jeszcze do pracy w szkolnictwie i zapytam o młodzież w Argentynie. Jaka jest?

   - Ja zawsze bronię młodzieży. Młodzież jest dobra, ma dużo zapału, krytycznie podchodzi do wielu spraw i to jest pozytywne, ale często też zagubiona, co wynika z sytuacji w rodzinie. Gdy tylko zaczęłam pracować w szkole w Gobernador Roca, dzieci pochodziły z rodzin, gdzie znałam ich rodziców, babcie i dziadków. Obecnie nastąpiła wielka zmiana w modelu rodziny. Trudno mi podać dane statystyczne, ale myślę, że około 50% młodzieży pochodzi z rodzin rozbitych. Środki masowego przekazu również mają swój udział w tym, że młodzież się zmienia i zmienia się ich świat wartości.

   - Czy w szkołach argentyńskich jest religia i etyka?

   - Etyka jest obowiązkowa, natomiast religia nie jest ujęta w programie szkoły państwowej. Jednak my, jako szkoła katolicka, mamy religię, tyle tylko że państwo nie płaci pensji takiemu nauczycielowi, tylko my.

   - Czy to znaczy, że rodzice płacą czesne w tej szkole?

   - Tak, ponieważ państwo płaci nam tylko za podstawowe nauczanie (oficjalny program) i administrację, natomiast resztę, m.in. katechezę, remonty, ubezpieczenia uczniów i personelu opłacają rodzice (obecnie suma ta równa się 10 dol. miesięcznie). Z tym że jako dyrektor muszę się rozliczać z budżetu szkoły i przed państwem, i przed rodzicami, gdyż nasza szkoła jest na prawach szkoły państwowej. Obecnie sytuacja w Argentynie jest bardzo trudna. Ze względu na niewypłacane pensje, rodzice nie mogą opłacić czesnego, co oznacza, że z kolei ja nie mogę wypłacić pensji personelowi, którego nie obejmuje oficjalny program Zdarzyło się już, że rodzice przychodzili i chcieli zabrać swoją córkę ze szkoły, gdyż nie mogli zapłacić. Nie pozwalałam; szkoda mi było dziecka i stanowiło to zagrożenie i dla istnienia klasy, i dla pracy nauczyciela. Chciałabym, aby do naszej szkoły wszyscy mieli dostęp. Przecież nasze Zgromadzenie ma opcję na ubogich; co roku mamy sporą liczbę uczniów, którzy nic nie płacą A tymczasem sytuacja jest bardzo trudna i stoimy przed problemem, co dalej.

   - Jakie są najważniejsze wydarzenia w roku szkolnym?

   - Dla młodzieży najważniejszym dniem jest estudiantina - święto wiosny i święto studentów zarazem. Przygotowują się do niego już trzy miesiące wcześniej - choreografię, rytmy, stroje. Tego dnia wychodzą na ulicę, tańczą ubrani w specjalne stroje. Muszę przyznać, że początkowo byłam temu bardzo przeciwna. Przecież aby to przygotować, trzeba czasu, pieniędzy, a dziewczęta i tak nie mają okazji ubierania później tych strojów. Uważałam więc, że jest to wyrzucanie pieniędzy i marnowanie czasu. A tylu ludzi cierpi głód. Ponieważ jednak w argentyńskiej obyczajowości to "święto" jest nie do wykorzenienia, obecnie sugeruję im tylko, aby w tych korowodach nieśli ludziom Buena Nueva - Dobrą Nowinę, aby nie były to pokazy bez treści. I muszę przyznać, że dziewczęta są bardzo kreatywne. Np. kiedyś zaczerpnęły temat z Księgi Rodzaju - stworzenie świata. Zrobiły to bardzo pięknie! Ale jakie to było pracochłonne! Musiały dokładnie przestudiować cały opis stworzenia. W ten sposób połączyły przyjemne z pożytecznym. Oglądający byli zachwyceni. "Na początku była ciemność..." - i tu korowód dziewcząt ubranych w ciemne stroje. "Niech się stanie jasność..." - druga grupa, w jasnych strojach, ze słońcem. Potem niebo, ziemia, woda, zwierzęta, rośliny, człowiek - to było naprawdę piękne i widowiskowe! I wszystko w duchu... mensaje de la Buena Nueva - zwiastowania Dobrej Nowiny.

   - A czy odbywają się spotkania absolwentów szkoły?

   - O, tak - obowiązkowo. Pilnują tego zwłaszcza te osoby, którym minie 25 lat od ukończenia szkoły. Już w sierpniu daje się ogłoszenie do prasy z podaniem terminu spotkania. Są też roczniki, dla których minęło już 50 lat od ukończenia szkoły... W ciągu roku jest wiele różnych spotkań, aż za dużo czasami... Na te okazje panie zamawiają Mszę św., chcą śpiewać pieśni, te sprzed 50 lat właśnie... Niektóre osoby przyjeżdżają aż ze Stanów Zjednoczonych, by po wielu latach zobaczyć szkołę, więc ich oprowadzam, pokazuję, tłumaczę, jak to teraz wszystko funkcjonuje. Odbywa się to nie w sobotę czy niedzielę, ale w dzień pracy szkoły, bo chcą zobaczyć szkołę żywą. Bywa więc to uciążliwe. Ale staramy się mimo wszystko przygotować im miłe przyjęcie - apel ze sztandarem, niesionym przez poczet sztandarowy z tamtych lat. To spotkanie pokoleń - uczniów szkoły i absolwentów - ma swoje znaczenie. Poza tym jest dużo radości, dziewczęta się poszturchują, pokazują na swoją babcię czy ciocię. Absolwentki przygotowują wiersze, są wspomnienia. Obecnie przygotowujemy się też do stulecia istnienia szkoły w 2004 r. Nasza szkoła, założona w 1904 r., nosi imię Najświętszej Maryi Panny - Santa Maria, bo w roku założenia mijało 50 lat od ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu.

   - Co uznałaby Siostra za swój sukces pedagogiczny?

   - Są testy sprawdzające wiedzę maturzystów. Trzykrotnie stało się tak, że moje maturzystki znalazły się na pierwszym miejscu w województwie, a raz na czwartym w rankingu krajowym. To mnie bardzo cieszy. Nasze absolwentki łatwo się dostają na studia. Okazuje się, że nasza szkoła zdobyła już renomę, o czym się dowiaduję, rozmawiając z różnymi osobami w różnych sytuacjach. Cieszy mnie, że dużo naszych uczennic jest katechetkami nie tylko w Misiones, ale i innych częściach Argentyny, że już teraz, będąc uczennicami, są jednocześnie animatorkami we wspólnotach parafialnych.

   - Gratuluję! Ale ponieważ wspominała Siostra, że czas odejść, zapytam o to, co Siostra powie swojej następczyni?

   - Już teraz, gdy wyjeżdżałam, musiałam zlecić zastępstwo. Powiedziałam Siostrze, z którą współpracowałam, aby - wiedząc, jak szkoła funkcjonuje - kontynuowała przyjętą linię. Większość personelu w szkole to osoby świeckie i z tego się cieszymy. Prosimy tylko, aby pracowali w naszym duchu, w naszym charyzmacie misyjnym.

   - Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dobrego świętowania stulecia szkoły.

 

Z s.Anną Trzepacz SSpS, misjonarką z Etiopii, rozmawia s. Dominika Jasińska SSpS

       W jaki sposób Służebnice Ducha Świętego znalazły się w Etiopii?
       Do Etiopii przyjechałyśmy 8 lat temu na zaproszenie miejscowego biskupa, który zwrócił się z prośbą do naszego Zgromadzenia o podjęcie pracy w klinice, przedszkolu, przy parafii... Pierwszą placówką była Alem Tema. Nazwa ta oznacza " świat zdrowia", ale absolutnie nie pokrywa się z rzeczywistością- w okolicy jest mnóstwo chorych. Po 2 latach założyłyśmy drugą placówkę w Waragu. W lipcu tego roku nasze siostry zamieszkały także w Badesa. To na pd-wsch od Addis Abeba, dosyć daleko od poprzednich placówek, ok.7 h jazdy samochodem. Są też 3 siostry pracujące w nuncjaturze apostolskiej, ale tam jesteśmy na kontrakcie i w tym roku naszą pracę przejmie inne zgromadzenie. w Alem Temie żyją 4 siostry czterech narodowości: Argentynka, Indonezyjka, Indyjka i Polka. W Waragu: siostra z Indii i z Niemiec. Mamy też 3 nowe misjonarki przybyłe z Filipin oraz ze Słowacji, które przygotowują się do pracy przez naukę języka.

       Co należy do Twoich obowiązków na misji?
       Z zawodu jestem pielęgniarką, więc pracuję w klinice, pełniącej funkcję przychodni i szpitala. Bardzo często muszę też być lekarzem, położną, nauczycielką np. podstawowych zasad higieny i pielęgnacji. Do Etiopii nie można wjechać jako misjonarz czy misjonarka. Mnie przyjęto w charakterze pielęgniarki, inną siostrę - nauczycielki; księdza jako nauczyciela, pracownika socjalnego czy biurowego... Musimy pracować zgodnie ze swoją profesją i co roku odnawiać pozwolenie na jej wykonywanie. Z rządu przyjeżdżają kontrolerzy i po ich wizytacji pozwolenie jest przedłużane bądź też nie.

       Dlaczego nie ma czegoś takiego jak status misjonarza?
       Rząd zawsze, nawet w czasach komunizmu, był pod wpływem Kościoła ortodoksyjnego, o którym powiem później. Oni wychodzą z założenia, że w Etiopii chrześcijaninem jest już każdy (nie licząc muzułmanów) i nie trzeba ich nawracać na katolicyzm.

       Wiem jednak, że praca w lecznictwie to zaledwie jedna z wielu spraw, którą się tam zajmujesz...
       W związku z brakiem możliwości głoszenia Ewangelii wprost, musiałyśmy znaleźć inny sposób, by przekazywać Pana Boga tamtejszym ludziom. Życie z nimi.. Uczymy zasad zdrowego żywienia na przykład. Hodowla kurczaków, hodowla pszczół... Choroby w Etiopii są związane przede wszystkim z brudem. Ludzie pytali o czystą wodę, wykopałyśmy więc studnię głębinową. Podobnie hodowla drobiu. Żadna z nas nigdy tego w życiu nie robiła! Jadąc na misje, nie myślałam, że się będę zajmować chorobami kurczaków czy ulami! Radzimy sobie różnie: wysyłamy ludzi na 3-miesięczne kursy, po których oni u nas się tym zajmują. Na szczęście mamy sponsora, który opłaca ich zatrudnienie.
       Pamiętam wizytę pewnego młodego, amerykańskiego biskupa, który po obejrzeniu naszego szpitala, gospodarstwa skrytykował naszą misję, podając przykład apostolskiej gorliwości św. Franciszka Ksawerego, który głosił, chrzcił, pouczał, nawracał... W Etiopii nie ma jednak możliwości być takim misjonarzem, misjonarką.

       Jak to się stało, że Kościół etiopski ortodoksyjny oddzielił się od Kościoła katolickiego?
       Jest to historia z mniej więcej III wieku naszej ery, z czasów sporów o unię hipostatyczną. Po I Soborze w Nicei ( 325 r.) patriarchowie egipscy, mający duży wpływ na Kościół etiopski, błędnie przekazali mu ostateczną prawdę, czym jest naprawdę unia hipostatyczna i zdanie Kościoła katolickiego w tej sprawie. Etiopczycy nigdy nie mieli swego patriarchy. Dopiero w 70-tych latach poprzedniego stulecia został nim Haile Silase. Kościół całe wieki był podtrzymywany w niewiedzy, ale tak naprawdę pomiędzy nimi a nami istnieje niewielka różnica i wystarczyłoby trochę wysiłku ekumenicznego, aby Kościół etiopski był Kościołem katolickim- tego jednak brak. Widzimy to chociażby na własnym podwórku: gdy już dobrze dogadujemy się z jednym księdzem, to następuje zmiana i dialog trzeba zaczynać od początku...

       Jak wygląda sytuacja na Waszej misji, jeśli chodzi o wyznania?
       Nasza misja istnieje od 8 lat i żyje w niej ok. 30 katolików...5 takich rodzin pomagających przy kościele. Sporo ludzi przychodzi z wiosek. Przygotowują się , przyglądają, ale nie są pewni, czy zostaną katolikami. Niektórzy myślą, że jako katolicy dostaną u nas pracę- takie interesowne podejście do religii jest skutkiem ubóstwa... Niektóre misje zatrudniają tylko swoich wyznawców, ale my tego unikamy. Pamiętamy jeszcze taki smutny przypadek dziewczyny, która chciała być przedszkolanką. Chcąc zostać katoliczką, przychodziła do naszego kościoła, przyjęła Komunię świętą. Siostry wysłały ją do szkoły, wróciła po 3 miesiącach. Ale była nosicielką wirusa HIV, zachorowała i będąc umierająca, poprosiła kapłana z Kościoła ortodoksyjnego o chrzest.
       Obecnie zatrudniamy protestanta, muzułmanina, chrześcijanina ortodoksyjnego, katolika... Oczywiście, że się modlimy przed pracą, zachęcamy do udziału w nabożeństwach, ale nic na siłę, aby oni nie czuli się zobowiązani. Inaczej działają misje protestanckie - zatrudniają tylko swoich wyznawców lub kandydatów. Nasz biskup też na początku nie mógł nas zrozumieć...My jednak uparcie broniłyśmy naszej postawy i nie zmieniłyśmy poglądu na tę sprawę. Biskup musiał więc nas zostawić!

       Czy Etiopia jest krajem misyjnym?
       Jak najbardziej, choć szczyci się faktem, że krajem chrześcijańskim stała się na długo przed przyjęciem chrztu przez niejeden kraj w Europie - w II wieku. 40% stanowią członkowie Kościoła ortodoksyjnego. Niektórzy uważają, że nie ma sensu i potrzeby ich przyjmować na katolicyzm. Inni popełniali błąd nie uznając chrztu w tym kościele. Ludzie, którzy do nas przychodzą, nasi obecni katolicy, to są byli chrześcijanie ortodoksyjni. Jednak wciąż panuje niezadowolenie, dlaczego my zabieramy chrześcijan, którzy już są wyznawcami Jezusa., tego samego Boga...
       Często oni sami mówią: idźcie do muzułmanów, do animistów! Niektóre zgromadzenia są za tym i wspierają tradycyjny Kościół etiopski. Jednak nuncjusz apostolski nie popiera takiej postawy i wspiera misje. To jest olbrzymi dylemat! Z drugiej bowiem strony widać olbrzymią potęgę islamu. Muzułmanie mają obecnie takie postanowienie : wybudować co 7 km meczet. I rzeczywiście! Gdy się jedzie z Addis Abeby do Alem Temy (to ok. 2 h jazdy), można sprawdzić na liczniku samochodowym: co odcinek- świątynia muzułmańska.
       Wyznawcy Allacha finansują też np. szkoły dla pielęgniarek. W ciągu 3 lat jedna z nich wykształciła ok. 2 tys. pielęgniarek i oczywiście każda z nich musiała zostać muzułmanką. Ludzie bez pracy, umierający z głodu dokonają takiego wyboru...

       Właśnie. Jak wygląda sytuacja materialna ludzi?
       W Etiopii każdego dnia patrzy się na ubóstwo i to ubóstwo w tak szerokim tego słowa znaczeniu, że się po prostu w głowie nie mieści! Jak się człowiek na to patrzy, naprawdę istnieje pokusa pytania: gdzie jest Pan Bóg, dlaczego sytuacja tych ludzi, dlaczego przez całe pokolenia żyją oni w nędzy?! Że tak było, jest i będzie w tym kraju ubóstwa. Faktycznie, każdego dnia trzeba się uczyć i codziennie powtarzać sobie: Pan Bóg jest! Działa w tym wszystkim i to, co widzą moje oczy, to nie wszystko. W cierpieniu tych ludzi, tego narodu jest głęboki sens, W cierpieniu pojedynczego człowieka jest sens, który nam może trudno zrozumieć, wytłumaczyć nawet sobie samemu, nie mówiąc o tych, którzy bezpośrednio tego doświadczają...

       A sytuacja dzieci?
       Chłopcy mają jeszcze jakąś szansę... Dziewczynka w Etiopii jest tak naprawdę do rodzenia dzieci, do gotowania, prania... Np. w Alem Temie mamy 1 szkołę podstawową, w której istnieje oddział obejmujący naukę od 1-ej do 8-ej klasy, a w nim 80-90 dzieci! Można sobie więc wyobrazić, czego te dzieci się nauczą... Nie ma podręczników, nauczyciel jest najczęściej sam po skończeniu szkoły podstawowej! Rzadko się spotyka kogoś lepiej wykształconego, chyba że w większych miejscowościach, a tych w Etiopii nie ma wiele. Przedszkole jest tylko jedno! 120 dzieci w wieku od 3 do 6 lat. Szkoła średnia w dużych miastach. Aby się do niej dostać, trzeba mieć pieniądze na utrzymanie - mało kogo stać na tzw. czesne.
       Chłopcy mają większe szanse nawet w szkole pielęgniarskiej. Kiedyś pojechałam na spotkanie dla pracowników służby zdrowia i byłam jedyną kobietą pomiędzy setką mężczyzn! Chociaż mówi się, że konstytucja Etiopii jest jedną z najbardziej demokratycznych na świecie...
       Dzieci są bardzo zdolne i jest ich niesamowicie dużo, dlatego zawsze błąka się myśl: to umrze, będzie następne...Pijaństwo w rodzinach, brak środków do życia, naturalna selekcja... Kto silny-przeżywa; kto słaby- umiera jako dziecko... Ponieważ 40% ludności to muzułmanie (40%- ortodoksi),więc panuje wielożeństwo i rodziny mają po 10-12 dzieci.

       Jacy są Etiopczycy jako ludzie, jako naród, czym się charakteryzują?
       Zacznę od ich korzeni, które tłumaczą jedną z cech Etiopczyków- dumę... Są narodem bardzo dumnym. Szczycą się długowiecznością swej historii liczącą 3 tys. lat! Prawie tak samo jak historia narodu wybranego. Oni sami posiadają wiele pięknych legend, łączących Etiopię z Żydami. Jedna z nich opowiada o królowej Sabie, która odwiedzając króla Salomona, zaszła z nim w ciążę i po powrocie do Etiopii urodziła syna. Został on pierwszym władcą Egiptu po królu Salomonie, a jego dynastia przetrwała do lat 70-tych ubiegłego wieku. Oni potrafią wszystko udokumentować, opowiedzieć o każdym władcy, potomkach Saby i Salomona! Wierzą, że ich syn mając lat 30, pojechał do Izraela odwiedzić kraj swego ojca i wykradł Arkę Przymierza. Wg nich jest ona przechowywana w jednym z kościołów. Oczywiście, nikt nie może jej zobaczyć. Jest to przywilej jednego mnicha ortodoksyjnego, który zawsze przed śmiercią przekazuje kolejnemu mnichowi obowiązek jej pilnowania. Dla obcokrajowców to legenda... dla Etiopczyków - fakt historyczny.
       Na północy Etiopii jest dużo takich starożytnych kościołów, wykutych jakby w skale. Uczeni do dziś zastanawiają się, jaj było możliwe ich zbudowanie: w środku góry stoi kościół! Legenda tłumaczy, że w dzień pracowali ludzie, a w nocy aniołowie...
       Etiopczycy są bardzo pobożnym narodem. Zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Na początku, gdy się ich jeszcze nie zna, wydawać się może, że ich wiara opiera się tylko na takich praktykach zewnętrznych, a życie idzie swoją drogą...Pomimo pobożnych zwyczajów są problemy moralne. Pełno jest rozbitych rodzin, rozwiązłości, pijaństwa, prostytucji związanej z ubóstwem kobiety, zarabiającej w ten sposób na chleb dla rodziny... Z tego wynika też AIDS. Etiopia jest drugim krajem afrykańskim pod względem zachorowań.
       Taka jest smutna prawda, ale nie można uogólniać. Spotkałam tam bowiem wielu wspaniałych, uczciwych ludzi.
       Jacy są?...
       Z jednej strony bardzo trudni, dumni i twardzi, z drugiej- niezmiernie cenią u człowieka pokorę i uprzejmość. Mówienie do nich podniesionym głosem nic nie da, wręcz odwrotnie. Wg nich cechami człowieka mądrego są: stateczność, cierpliwość, pokora... Jest tam ogromny szacunek dla starszych. Nikt ich nie pozdrowi bez głębokiego pokłonu.
       Przy okazji: z takich form grzecznościowych to nigdy nie podaje się jednej tylko ręki- jest to bardzo niegrzecznie. Zawsze należy podać drugą rękę i całym ciałem przekazać gest pozdrowienia. Lub przynajmniej usiłować to zrobić.
       Podobnie, gdy się przyjmuje lub podaje jakiś przedmiot- absolutnie należy użyć obu rąk! Również pocałunek jest wyrazem szacunku- w policzki, w szyję, trzy razy w ramiona...

       Jestem ciekawa, skoro wspomniałaś pobożność, jak wygląda modlitwa chrześcijan ortodoksyjnych?
       Wiele można by się od nich nauczyć. Są bardzo rozmodleni. A jak poszczą! Nasz post nie umywa się do ich radykalnych wyrzeczeń. Ponieważ bardzo czczą Matkę Bożą, poszczą i modlą się 3 dni przed każdym świętem maryjnym. W środy i piątki też. Często się zdarza, że kobieta, która przychodzi do porodu, w czasie jego przebiegu, w bólu i lęku wzywa Imienia Maryi np.: " Mario, Ty wiesz, jak to jest! Kto mi pomoże, jak nie Ty... Pomóż mi teraz!" Przyznam, że w tym stresie, zdenerwowaniu, gdy pomagam rodzącej, ta modlitwa bardzo mi pomaga i uspokaja...
       Na co dzień pozdrawiają się wzajemnie, odpowiadają" Niech Ci Bóg odda w moim imieniu..."- "Niech Bóg oddda Tobie..." Jałmużnę, która jest ich obowiązkiem religijnym, dają słysząc prośbę np.: " Daj mi w imię..." i tu następuje imię jakiegoś świętego, a ta osoba, która jest jego szczególnym czcicielem, z pewnością ofiaruje wsparcie proszącemu...

       Co tak najbardziej z tych 4 lat pobytu w Afryce zapadło Ci w serce, w pamięć?...
       Nie wiem, czy znajdę takie jedno przeżycie... Było wiele pięknych momentów. Także wiele trudnych chwil, które również ostatecznie były pięknymi zdarzeniami. Np. doświadczenie nowości innej kultury. Jest ono równocześnie radosne, jak i bolesne. Radosne, ponieważ widzie się tyle niezwykłości, inności, niepowtarzalności, tyle zwyczajów związanych chociażby z przywitaniem, weselem, chrztem, pogrzebem, żałobą, sposobem świętowania nawet pór roku, plonów ziemi... Patrzą, jak oni tańczą, śpiewają, człowiek też się cieszy ich radością. Jednak jest też sporo spraw do końca niezrozumiałych dla nas. Oni zawsze pewne prawdy, wiadomości przekazują w swoistych historiach, opowieściach- trzeba się więc nauczyć domyślać, dopatrywać.
       Jednym z takich trudnych przeżyć związanych z kulturą Etiopczyków był moment, gdy do naszego ośrodka przyniesiono kobietą, która 3 dni wcześniej urodziła dziecko. Miała wysoką temperaturę, była nieprzytomna... Wypytałyśmy rodzinę, co się stało. W momencie, gdy już chciałam zrobić zastrzyk przeciwko gorączce, wszyscy zebrani ludzie zaczęli krzyczeć! Wtedy jeszcze nie znałam języka, to były moje początki. Nie wiedziałam dokładnie, o co chodzi, ale domyśliłam się: nie dawać zastrzyku. Dopytując się później, dowiedziałam się, że oni wierzą, iż w miejscu ukucia igły powstaje dziura w ciel. Przez nią wchodzi zły duch i kobieta będzie opowiadać głośno o tajemnicach, sekretach rodziny, znajomych...Na próżno usiłowałyśmy przekonać zebranych, że tylko lekarstwo w zastrzyku pomoże chorej. Nic z tego. Sprzeciw był zbyt silny. Chora następnego dnia zmarła.

       Czego nauczyła Cię Etiopia?
       Na pewno nauczyła mnie wiele o sobie samej... Dużo nowych sytuacji, inna kultura, sposoby ludzkich zachowań... W kontekście tego wszystkiego człowiek na nowo odkrywa siebie. Zauważa reakcje, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Pojawia się inny sposób myślenia, większa otwartość, tolerancja, cierpliwość, będąca jakże wielkim polem do pracy nad sobą!
       Etiopia nauczyła mnie, a raczej potwierdziła przekonanie, że dobro jest wszędzie. Pan Bóg jest wszędzie i działa wszędzie w sobie tylko znany sposób...
       W kulturze etiopskiej jest bardzo dużo dobra: silne więzi rodzinne, ogromne wsparcie pomiędzy członkami rodzin, zwłaszcza w trudnych sytuacjach choroby czy śmierci. Także pomoc i solidarność, z jakimi śpieszą sobie nawzajem w tej biedzie, ubóstwie i bólu, wśród których żyją! Umiejętność dzielenia się... Nie przechowują pokarmu. Chociaż nie ma czasem kruszyny chleba na następny dzień i nigdy nie wiedzą, czy będę mieli co jeść nazajutrz, zawsze potrafią się podzielić! Jeśli wejdzie się do domu, pierwszą rzeczą, jaką się proponuje- oczywiście po wszystkich pozdrowieniach- jest posiłek, coś do picia. Nieprzyjęcie tego poczęstunku odebrane będzie za brak szacunku wobec gospodarzy. Natomiast skorzystanie z niego- za zaszczyt wobec nich. Nie szkodzi, że po zakupie kawy czy herbaty dla gościa nie mają potem na chleb- on musi być ugoszczony.
       Etiopia nauczyła mnie tego, że w człowieku są możliwości nieodkryte przez niego samego... Jeśli żyjemy we własnym kraju, wykonujemy jakąś pracę, jesteśmy w czymś dobrzy, nie dostrzegamy w sobie innych darów, które dopiero w np. sytuacji etiopskiej, często ekstremalnej, odkrywa potrzeba chwili. Wierzę, że to działanie Boga, który przez nas uobecnia się pośród ludzi tam żyjących.
       Kochana Siostro Anno, byłaś jeszcze wtedy w Polsce, podczas urlopu, gdy Ojciec Święty na krakowskich Błoniach powiedział do nas: " Oto największy dar miłosierdzia- prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości..." Niech Twoje życie w dalszym ciągu będzie przejawem Bożej troski o człowieka. Dużo sił i dziękuję za to spotkanie...

Misje – ciągłe dawanie i branie

Z S . Ewą Piegdoń SS pS, misjonarką w Z ambii, rozmawia Lidia Popielewicz

– Przychodzi Siostra do redakcji prosto z samolotu. Musiała Siostra przebyć długą podróż z Zambii do Polski. W

jaki sposób pokonała Siostra tę drogę?

– Podróż rozpoczęłam wczoraj. O godz. 13.15 wyjechałam z Livingstone w Zambii do Johannesburga

w RPA, skąd samolotem udałam się do Monachium w Niemczech. W Monachium była przerwa i

potem znowu samolot do Warszawy.

– Jest godz. 13.00. Zmęczenie zapewne daje o sobie znać. Proszę powiedzieć o pierwszych wrażeniach z

przejazdu z Lotniska Chopina do redakcji „Misjonarza”.

– Cieszą twarze, które się widzi i obrazy ulic czy zielonych miejsc w Warszawie. A pierwsze, co

odczuwa się zaraz po wyjściu z samolotu, to inny klimat. Jest koniec czerwca i jest chłodno – kontrast

pogodowy w porównaniu z Zambią. Poza tym jestem wdzięczna, że czekała na mnie s. Łucja-
Joanna. I żyję nadzieją zobaczenia rodziny i przyjaciół. Jeszcze dziś będę uczestniczyła w spotkaniu

misjonarzy z różnych zgromadzeń, pracujących w różnych krajach świata. Spotkanie takie jest co

roku organizowanie w Centrum Formacji Misyjnej na ul. Byszewskiej w Warszawie. Odbywają się tam

wykłady, są rozmowy, jest wymiana doświadczeń – to zawsze ciekawe i budujące.

– A jaka pora roku jest teraz w Zambii?

– Jest chłodno, tzn. są zimne noce – od 0 do 10 st. C, a w dzień ok. 25 st., nie ma więc upałów. Z tym

że mówię o regionie, w którym mieszkam, bo już na północy Zambii może być nieco inaczej.

– W kwietniowym numerze „Misjonarza” ukazał się artykuł Siostry, w którym Siostra wspomina m.in. o pracy

na rzecz Domu Dziecka – „Lubasi Home”. Proszę opowiedzieć o Siostry zaangażowaniu w funkcjonowanie tego

domu.

– Jestem w zarządzie sierocińca „Lubasi Home”. Mieszkają w nim dzieci w wieku 5-15 lat i pozostają

do czasu aż ktoś z rodziny zgodzi się na opiekę nad dzieckiem lub gdy ono usamodzielni się.

Przejściowo przebywają w nim też dzieci uciekinierów z Konga, których rodzice trafili do więzienia

z powodu nielegalnego przekroczenia granicy, chcąc przedostać się do RPA. Dom ten działa w

ramach programu „Community Project” i utrzymuje się tylko i wyłącznie z darów ludzi dobrej woli.

Władze państwowe nie dają nawet przysłowiowego „grosza”, natomiast przysyłają dzieci. Staramy się

zapewnić dzieciom normalne życie w tym domu, opiekę medyczną oraz edukację.

– A dom „Loshomo”, o którym także we wspomnianym artykule?

– W „Loshomo” mieszka 15 dziewczynek, które były wykorzystywane seksualnie. Problem

wykorzystywania seksualnego jest wielkim problemem w Zambii, ponieważ jest skrywany przez

sąsiadów czy nawet najbliższą rodzinę poszkodowanej. Panuje zmowa milczenia. Przyczyny takiego

stanu rzeczy są bardzo złożone, związane z czarami, prymitywnymi wierzeniami czy strachem przed

utratą żywiciela rodziny. Temat tabu, który dopiero niedawno zaczął być wydobywany na światło

dzienne. Mogłabym podać tu kilka przykładów, ale nie chcę przekazywać informacji dotyczących

mrocznej strony życia w rodzinie zambijskiej. Zło próbuje wkraść się wszędzie, różnymi sposobami –

jest obecne pod rozmaitymi postaciami na wszystkich kontynentach.

– Czym się Siostra jeszcze zajmuje na misji w Zambii?

– Koordynuję Apostolat Biblijny w diecezji Livingstone i w związku z tym moim zadaniem jest

organizowanie warsztatów, seminariów i wszelkiego rodzaju spotkań przybliżających Słowo Boże.

Poza tym staram się o egzemplarze Pisma Świętego i o jego dystrybucję – czasami chodzi o

sprzedaż, a czasami o podarowanie Biblii osobom, których nie stać na zakup, ponieważ jeden

egzemplarz to kwota ok. 10 USD.

– Czy istnieje zainteresowanie spotkaniami na temat Biblii i Słowa Bożego?

– Jest wielki głód Słowa. Podam taki przykład. Na jednym z seminariów pojawiła się kobieta z

dzieckiem na plecach, która przez cztery dni szła, zatrzymując się w wioskach i znosząc trudy

wędrówki z dzieckiem. Kiedy widziałam ją modlącą się i uczestniczącą w spotkaniu oraz kiedy

zobaczyłam łzy w oczach po otrzymaniu Biblii, przyjęłam to jako znak, że organizowanie tego

typu spotkań ma sens. Inny przykład: Kobieta w wieku ok. 55 lat, mająca kłopoty z sercem, ze

spuchniętymi nogami, ale pragnąca uczestniczyć w seminarium biblijnym. Wszyscy jej odradzali,

że nie dojdzie, że nie da rady. Lecz ona powiedziała: Moje ciało jest słabe, ale serce jest tam, na

tym spotkaniu. I doszła. Kiedy patrzę na świadectwo takich osób jak te dzielne kobiety, moja wiara

umacnia się.

– Jacy są Zambijczycy – ludzie, wśród których przyszło Siostrze żyć?

– Życzliwi, serdeczni i otwarci, a także zainteresowani drugim człowiekiem. W związku z tym jeżeli

spotykają nieznajomego człowieka, zaczepiają go, dopytują się, chcą rozmawiać. Na lotnisku w

Livingstone ludzie siedzieli czy stali gromadkami i rozmawiali ze sobą, natomiast w Monachium każdy

był sam – z gazetą, komputerem lub telefonem komórkowym, każdy zajęty sobą i własnymi sprawami.

– A Kościół w Zambii?

– Jest żywy, rozśpiewany, roztańczony, pełen radości, a ludzie są autentycznie spragnieni Słowa

Bożego, które chcą odnosić do swojej codzienności. Przy każdej parafii istnieje chór albo i kilka

chórów, kobiety bardzo angażują się w życie parafii. Nabożeństwa w kościele trwają zazwyczaj dwie

godziny lub nawet dłużej w czasie większych uroczystości i nikt się nie denerwuje z tego powodu,

gdyż jest to normalne.

– Wśród jakich ludzi Siostra żyje? Jaka jest ich codzienność, jakie radości i smutki?

– Są w Zambii ludzie, których stać na życie na wyższym poziomie, jednak większość mieszkańców

żyje na granicy ubóstwa. Jedna z tragedii tego kraju to AIDS – choroba, która zbiera śmiertelne żniwo,

pozostawia sieroty, którymi nie ma kto się zająć, ponieważ krewni mają swoje dzieci i problem z ich

wyżywieniem czy wykształceniem. Brak też jest miejsc pracy, a jeśli już jest, to wynagrodzenie jest

niższe niż w Europie, a z kolei życie droższe. Wyzwaniem dla Kościoła katolickiego jest czarownictwo,

bo wiara w czary w Zambii jest bardzo silna. Inne wyzwanie to obecność wielu sekt i Kościołów

protestanckich, które wabią ludzi na różne sposoby.

– Zambia to też słynne Wodospady Wiktorii. Miała Siostra okazję tam być? Czy są inne miejsca w Zambii, które

mogłyby zauroczyć Europejczyka?

– Tak, Wodospady Wiktorii robią ogromne wrażenie, należą do Siedmiu Cudów Świata. Najlepiej jest

je zobaczyć po okresie deszczowym, a więc w maju lub w czerwcu. Ogrom wody spadający z dużej

wysokości naprawdę zadziwia. Poza wodospadami warto też znaleźć się w dorzeczu rzeki Zambezi –

wielkiej rzeki, która nigdy nie wysycha. Trzeba jednak pamiętać, że jest ona bardzo niebezpieczna ze

względu na żyjące w niej krokodyle i hipopotamy. Co roku giną mieszkańcy wiosek, którzy przychodzą

nad rzekę po wodę lub wykąpać się. Sama afrykańska fauna i flora w Zambii jest bardzo ciekawa.

Niekiedy na przedmieściach Livingstone można zobaczyć słonie lub żyrafy i nikt się temu nie dziwi.

Zambijskie parki narodowe organizują safari dla turystów. Tak więc dla ludzi majętnych Zambia może

być ciekawym krajem wycieczkowym.

– Czy bycie misjonarką w Zambii jest trudne? Skąd Siostra czerpie siły do pracy?

– Życie na misjach to ciągłe dawanie i branie. Nie jest tak, że tylko ja daję – owszem, dzielę się tym,

co mam, jednak obok tego istnieje bogactwo, z którego ja też czerpię. Bardzo dużo uczę się od ludzi.

Jest wiele sytuacji, kiedy sama więcej otrzymuję niż daję.

– Czy jest coś, o czym Siostra mogłaby powiedzieć, że tego nauczyła się będąc na misjach?

– Z pewnością większej tolerancji i zrozumienia dla drugiego człowieka oraz tego, że każda kultura i

każdy człowiek ma coś wartościowego do zaoferowania.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

Kontakt

Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego
Congregatio Missionalis Servarum Spiritus Sancti (CM SSpS)
ul. Starowiejska 152,
47-400 Racibórz
tel. (0-32) 415-50-51, 415-98-09 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Powołaniowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Misyjny Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego
ul. Starowiejska 152;
47 - 400 Racibórz
tel.32/415 95 84;
e-mail referat Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.: www.siostrymisyjne.pl
Konto Misyjne:
BGŻ 15 2030 0045 1110 0000 0061 7240 z dopiskiem "na cele Misyjne"

Intencje

wyslij